Stanisław Bulza: Szlakiem śmierci. Koniec tajemnicy Riese (Część III)

 

Źródło: polishclub.org

Anton Dalmus

Kierującym budowami „Riese”, wyposażonym w nadzwyczajne pełnomocnictwa, pod nadzorem Alberta Speera, był SS-haupsturmführer Karl Otto Saur (1902-1966). W 1942 r. stał się oficjalnym zastępcą nowego ministra uzbrojenia Alberta Sperra. Karl Otto Saur pełnił kierowniczą rolę w powołanym w tzw. „Jaegerstab”, w sztabie koordynującym działania w „Riese”.

Dr Jacek Wilczur w „Księstwo SS” pisze, że z „Jaegerstabu” wychodziły instrukcje zalecające, ażeby przy budowie podziemnych zbrojowni nie liczyć się zupełnie z więźniami. Saur był postrzegany jako szczególnie bezwzględny w egzekwowaniu celów wojskowych, brał udział we wszystkich aspektach zwiększenie produkcji w tym zleceń, które regulowały przepływ pracy przymusowej pod koniec II wojny światowej. Oberst-Gruppenführer Emil Mazuw (1900-1987) był również zaangażowany w projekt „Riese”. Finansową stroną budowy podziemi „Riese” kierował hauptsturmfűhrer dr Karl Maria Hettlage (1902-1995), członek zarządu Commerzbanku, bliski współpracownik Alberta Speera, generalbauinspektor w ministerstwie uzbrojenia. Dr Fritz Schmelter (1904-1964), który jako SS – hauptsturmfűhrer w „Jaegerstab”, wysyłał do Walimia jeńców wojennych i więźniów z obozów koncentracyjnych.

Obergruppenführer Oswald Pohl, gen. Walther Model i Heinrich Himmler sprawdzają projekt budowlany SS, rok 1943. Z tyłu, patrzący przez ramię Himmlerowi, Brigadeführer Kammler. Fot. za: mysteryinksite.com

 

Jednym z głównych budowniczych kompleksu „Riese” był inż. Anton Dalmus (Dolmus). Był głównym energetykiem w „Riese”, a więc był członkiem ścisłego kierownictwa kompleksu „Riese”. W czasie wojny był on oficerem w armii niemieckiej, a następnie został skierowany do Organizacji Todt w Jedlinie Zdroju. Był ściśle powiązany z pracami budowlanymi w kompleksie „Riese”, ale przede wszystkim brał udział w pospiesznej likwidacji kompleksu. Po wojnie pozostał w Polsce. Zamieszkiwał w Głuszycy przy obecnej ulicy Grunwaldzkiej 9 (dawny numer 13).

Fritz Schmelter podczas procesów norymberskich (1946). Wikipedia

 

Według broszury wydanej przez „Warsztat historyczny Europa Fundacji Pamięć, Odpowiedzialność, Przyszłość w Berlinie”, istnieją pewne przesłanki mogące swiadczyć o tym, że inż. Dalmus pozostawał w kontaktach z Werwolfem i świadomie przekazywał władzom polskim fałszywe informacje o tym kompleksie. Zaraz po wojnie mógł bez problemu poruszać się po terenie dawnej budowy. Miał też dostęp do informacji o poczynaniach Polaków dotyczących „Riese”. Spotykał sie z dziennikarzami, których oprowadzał po sztolniach udzielajac wywiadów. Jego celem było szerzenie dezinformacji.

Anton Dalmus po wojnie pozostał w Głuszycy i był zatrudniony w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, organizując transporty materiałów budowlanych na budowę obiektów Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Akta Antona Dalmusa są nadal utajnione.

W latach 1945-1950 pracował w Ministerstwie Odbudowy oraz w Przedsiębiorstwie Poszukiwań Terenowych we Wrocławiu, kierowanym przez płk. Z. Rumińskiego. Mieszkający we Wrocławiu emerytowany wojskowy Józef Piszczek o Dalmusie w liście do Stanisława Michalika pisał: „O Dalmusie napisano już dużo, ale nie ustalono kim on faktycznie był i co robił w czasie wojny, np. inż. Mazur w sprawozdaniu z 28. 05. 1947 r. napisał, że przesłuchiwał Austriaka o nazwisku Dalmus. Inspektor penetracyjny Przedsiębiorstwa Poszukiwań Terenowych we Wrocławiu, Marian Biatasik w sprawozdaniu z 31.03. 1948 r. też potwierdza, że Dalmus był Austriakiem, a inny inspektor tego samego przedsiębiorstwa, Feliks Pluciński w sprawozdaniu z 27.11. 1948 r. napisał, że Dalmus był Niemcem” (Stanisław Michalik, „Tu jest nasz dom”, Głuszyca 2010). W 1960 roku Dalmus wrócił do Niemiec Zachodnich. Zmarł 13 stycznia 1973 roku w miejscowości Wesel w Marien-Hospital.

Karl Maria Hettlage 1934. Wikipedia

Anton Dalmus, zostając w Polsce, zataił prawdę o sobie z czasów wojny, bo przecież Niemcy, którzy pełnili kierownicze stanowiska musieli należeć do NSDAP. On jednak o tym w ogóle nie wspomina. Albert Speer, architekt i minister wojny, który przestawił przemysł zbrojeniowy na totalną gospodarkę wojenną, wstąpił do NSDAP w 1931 roku. Organizacja gospodarki wojennej przez Speera opierała się głównie na wykorzystaniu robotników przymusowych i więźniów obozów koncentracyjnych. Współpracował blisko z Heinrichem Himmlerem i podległą mu organizację SS.

Od 1942 roku Albert Speer, po śmierci Fritza Todta, objął kierownictwo centrali organizacji Todt w Berlinie. Jego zastępcą został Xaver Dorsch (1899-1986), który był jednym z wielu, którzy liczyli w rywalizacji ze Speerem na pozyskanie łask Hitlera. 29 kwietnia 1944 roku dyrektor Dorsch został na polecenie Speera szefem i organizatorem Organizacji Todt. Był dwukrotnie w Górach Sowich. Odpowiadał za wykorzystanie pracy pracowników przymusowych na terenie Rzeszy. Dalmus w Polsce przebywał 15 lat. Przez ten okres nawiązał liczne znajomości. Czy zbudował sieć swoich agentów, którzy mieli strzec tajemnicy Gór Sowich po jego wyjeździe z Polski? Tego się już nikt nie dowie. Natomiast pewne jest to, że Dalmus zostając w Polsce, jawnie zacierał ślady po obozach, obiektach i tunelach „Riese”, a wykorzystując dziennikarzy, szerzył na temat kompleksu „Riese” dezinformację.

 

 

Relacje redaktora Zygmunta Mosingiewicza

 

Po wojnie, jednym z pierwszych dziennikarzy, który częściowo opisał kompleks „Riese” był redaktor Zygmunt Mosingiewicz z Wałbrzycha. W 1947 roku będąc korespondentem wrocławskiego „Słowa Polskiego”, wraz z innymi dziennikarzami robił różne reportaże z Dolnego Śląska. Przebywali również w okolicach Głuszycy.

W znanej wówczas gospodzie „Pod Jeleniem” podczas rozmowy z właścicielem lokalu powstał pomysł opisania tajemniczych podziemi w Górach Sowich. Dziennikarzom nie chciało się chodzić samemu po górach, więc spytali, czy któraś z miejscowych osób mogłaby być dla nich przewodnikiem. Dziwnym trafem do tej gospody na kolacje przychodził A. Dalmus. Właściciel gospody zobowiązał się porozmawiać z inż. Dalmusem, by ten został przewodnikiem. Dalmus wyraził zgodę. Dziennikarze musieli tylko mieć ze sobą osobę, która dobrze znała niemiecki. I tak doszło do spotkania z A. Dalmusem i opublikowaniem kilku artykułów prasowych.

Głuszyca. Zabytkowy budynek, restauracja pod Jeleniem, gdzie spotykał się Dalmus z red. Mosingiewiczem. Autor: Stanisław Bulza.

 

Jesienią 1947 roku zamieścił on w „Słowie” siedem odcinków relacjonujących wstrząsające doznania z penetracji głuszyckich lasów w masywie Włodarza w towarzystwie Antona Dalmusa, austriackiego inżyniera z czasów wojny, specjalisty od budowy rakiet V1 i V2, nadzorującego bezpośrednio prace przy budowie tajemniczego kompleksu „Riese”.

Już same tytuły kolejnych korespondencji mogą spowodować zawrót głowy: „Podziemne miasto w Głuszycy”, „Asy reżimu hitlerowskiego chciały w nim szukać schronienia”, „Gigantyczne miasto podziemne, w którym mieścił się mózg III Rzeszy”, „W przepastnych korytarzach”, „10 milionów worków cementu”, „Akcja Adolfa i luksusowe oranżerie”, „2000 wagonów cegieł”, „Co przygotował Hitler w Głuszycy?”

O wyprawach redaktor Zygmunt Mosingiewicz pisał: „Od historycznej restauracji „Pod Jeleniem”, siedziby Fryderyka Wielkiego, zbudowanej w pierwszej połowie XVIII wieku, jedziemy polną drogą w kierunku na Nową Rudę. Już kilometr dalej widzi się po obu stronach drogi, ślady rozpoczętej budowy. Wala się tu wiele żelaznych konstrukcji, stosowanych do budowli betonowych, dziesiątki wózków kolejki wąskotorowej, jakaś unieruchomiona lokomotywa. Rzuca się również w oczy olbrzymi plac z niedokończoną budową mostu betonowego. Sieć szyn kolejowych z gotowymi nastawnicami świadczy o tym, że mieścić się tu musiał dworzec podziemnego miasta.

Prace nad ukończeniem dworca przerwał koniec wojny, ale nie zdołał wyratować 18-tysięcznej rzeszy jeńców i więźniów politycznych, którzy znaleźli tutaj wspólny wielki grób. Inż. Dolmus twierdzi, że zginęło ich tu 13 tys. i całą winę zwala na pracowników aprowizacyjnych, którzy małe racje przyznawane przez Berlin w niemiłosierny sposób uszczuplali”.

I dalej:

„Po pięciu minutach jazdy minąwszy przecinające się stale szyny wąskotorowej kolejki i szereg prymitywnie zbitych baraków dla jeńców, zatrzymujemy się przed olbrzymim placem. Zbocze górskie schodzi ku niemu prawie prostopadle. Olbrzymie głazy zawieszone nad placem wyglądają tak, jakby się miały stoczyć za chwilę w dół. Rozległy plac zasłany jest stosami najrozmaitszych kamieni, wśród których zwracają uwagę połyskujące srebrnawo kamienie z dużą zawartością miki. Świadczą one dobitnie o bogactwie tej ziemi. U stóp prostopadłego zbocza, na którym szumią iglaste drzewa znajduje się wysokie na trzy metry i szerokie na dwa wejście do Głównej Kwatery Hitlera”.

Opisuje on następnie tajemniczy tunel, który prowadził do „dużej sali”:

„Potężne pale dębowe podpierające stropy wzbudzają zaufanie. System podmurowania chodników podobny jest do systemu stosowanego w kopalnictwie. W miarę posuwania się w głąb chodnika ciemność się powiększa i mały prostokąt światła za nami jest coraz mniejszy. Chodnik ten, od którego rozchodzą się dopiero boczne korytarze, kryjąc sale i pokoje sztabu Hitlera – ciągnie się przez 3 km. Nie wiemy, jak długo idziemy.

Chodnik gwałtownie obniża się w dół i skręca nagle w prawo. Do głównego chodnika przylega mały tunel. Inż. Dolmus wprowadza nas do niego i po przejściu mniej więcej 200 metrów wchodzimy do dużej sali. Miała to być sala posiedzeń. Przy zainstalowanym świetle, eleganckim umeblowaniu – sala ciepło ogrzana centralnym ogrzewaniem (gdyż i ono było przewidziane w programie budowy) – na pewno wyglądałaby inaczej.

Teraz panuje w niej cisza, chłód i ciemność. Rozlegle korytarze podziemnego miasta, ziejące ciszą i chłodem, kryją zapewne w swoim wnętrzu niejedną tajemnicę. Ostatnie miesiące istnienia Trzeciej Rzeszy cechował bowiem chaos. Postanowiono między innymi ukryć w labiryncie korytarzy podziemnego miasta mnóstwo maszyn, aby je w odpowiednim momencie wysadzić w powietrze.

W ostatniej prawie chwili rozkaz wycofano i postanowiono maszyny uratować. Trzy dworce w Głuszycy przeładowywały dziennie 70 wagonów maszyn najrozmaitszego typu. Nie zdołano jednak wszystkiego wywieźć i wiele maszyn pozostało na miejscu. Część z nich służy już Polsce, część (jak owe sześć motorów Diesla, które dopiero w tych dniach odnaleziono) – czeka na swego odkrywcę.”

W innej relacji redaktor Zygmunt Mosingiewicz pisał:

„10 milionów worków cementu pozostało jeszcze z zapasów, jakie nagromadzono w Głuszycy”. Niedaleko szczytu dziennikarze dostrzegli „olbrzymie bunkry, stosy żelaznych konstrukcji, betoniarki, pogłębiarki, potężne kolejowe trawersy i na pół ukończone roboty nad pomieszczeniami biur.”

OPL przed sztolnią.

 

Opisuje też prawdopodobnie niedokończoną podziemną budowlę obok szczytu jakiejś góry: „Wybiegają ze szczytu wzgórza równolegle do świerków leśne stalowe pręty. Jest ich całe mnóstwo. Wyrastają one jak drzewa z betonowej podstawy bunkrów, które rozsiadły się na wierzchołku wzgórza. Poniżej znajduje się wejście, do którego dochodzi się po wąskiej kładce”. Zygmunt Mosingiewicz wspomina też o niedokończonej budowie windy w ok. 150-ciometrowym szybie. W jego pobliżu usypano pagórek szutrowy, 40 tys. m. sześciennych szutru, obok którego rozpoczęto budowę „szklanych oranżerii Hitlera”, jak je nazwał autor artykułu:

„Jesienny wiatr hula sobie teraz po nich do woli. Ot, niemiecka pedanteria, w takich momentach budować kosztem wysiłku tysięcy ludzi – luksusowe oranżerie. W dodatku w takich warunkach terenowych było to prawdziwym szaleństwem. Cienkie druty z nawleczonymi na nie sztucznymi liśćmi, doskonale maskują złożony na ziemi żelbeton. Na terenach, które zwiedzamy, a które ciągną się na przestrzeni prawie 30 km. jest tego 200 ton. Żelazo, które widzimy jest tylko częścią materiałów potrzebnych do budowy podziemnego miasta; budowy zwanej „Akcją Adolfa”. 300 ton trafiło już na właściwe miejsce. Odjechało do Warszawy. Mam nadzieję, że i pozostałe 200 ton będzie należycie użyte…

Ostatecznie okazuje się, że do apartamentów wodza Trzeciej Rzeszy prowadziły dwa wejścia podziemne oraz trzy z nawierzchni góry, skąd do wnętrza trzeba było zjeżdżać specjalnymi windami”. Ale to jeszcze nie wszystko. „Wędrując duktami leśnymi w masywie Włodarza, napotykamy co rusz na ślady różnych budowli, wykopy i leje przeróżnych kształtów, składowiska materiałów budowlanych, a także resztki sieci transportowych” (Relacje redaktora Mosingiewicza za: Stanisław Michalik, „Tu jest nasz dom”, Głuszyca 2010).

 

 

Penetracja Gór Sowich

 

W 1947 roku Wojsko Polskie podjęło próbę inwentaryzacji podziemnego kompleksu w Górach Sowich. Ponoć są to w miarę dobrze wykonane plany, ale utajnione do tego stopnia, że nikt o nich nie wiedział. W 1954 roku wojsko od nowa wykonało inwentaryzację części obiektów.

8 sierpnia 1948 roku utworzono Przedsiębiorstwo Poszukiwań Terenowych, a 10 sierpnia 1948 roku rozpoczęło ono działalność. Decyzja o powołaniu PPT podjęta została przez działaczy państwowych różnego szczebla, przy udziale ówczesnego wywiadu, kontrwywiadu wojskowego i prawdopodobnie UB. Jacek Wilczur w swojej książce „Raport Wilczura” powołuje się na teczkę z sygnaturą 2 FA ze zbiorów Zygmunta Frankowskiego, z której wynika, że w składzie grupy PPT penetrującej okolice Wałbrzycha ulokowano co najmniej dwóch funkcjonariuszy kontrwywiadu Informacji Wojskowej oraz ulokowane były agentury służb specjalnych polskich i sowieckich. Przedsiębiorstwo Poszukiwań Terenowych zatrudniało zarówno w Centrali jak i w oddziałach terenowych ludzi bardzo różnych (Jacek E. Wilczur, „Raport Wilczura”, Wydawnictwo Technol, Kraków 2010).

Jednym z pracowników PPT we Wrocławiu, kierowanym przez płk Z. Rumińskiego, był Anton Dalmus, który jednocześnie był na etacie Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego.

Wojsko penetruje sztolnie w Walimiu (Archiwum Historii Mówionej Ziemi Wałbrzyskiej i Jacka Wilczura /INTERIA.PL/materiały prasowe).

Jak wynika z samej nazwy przedsiębiorstwa, to zatrudnieni w nim pracownicy czegoś poszukiwali w terenie. Znaną sprawą jest fakt, że w ostatnie fazie wojny Niemcy w zbudowanych bunkrach i kompleksach podziemnych porobili skrytki, w których ukrywali zrabowane jak i swoje dobra kulturowe, takie jak dzieła sztuki, zbiory muzealne, wyroby ze złota i srebra, zbiory numizmatyczne i inne. Zdecydowana większość ukrytych dóbr kulturowych i innych ukryta została głównie w Górach Sowich i Izerskich. Czy pracownicy PPT szukali w Górach Sowich ukrytych dóbr materialnych i kulturowych? Czy coś znaleźli? Tego się już nikt nie dowie. Zachowały się natomiast zeznania świadków, którzy twierdzili, że ludzie z PPT usuwali ślady po obozach koncentracyjnych i nie tylko.

22 marca 1972 roku Kazimierz Fedorowicz złożył w Prokuraturze Powiatowej w Wałbrzychu następujące zeznanie: „W roku 1947 zaczęto usuwać ślady po byłych obozach koncentracyjnych. Robili to ludzie z Przedsiębiorstwa Poszukiwań Terenowych zajmującego się jakimiś poszukiwaniami. Wśród nich był inż. Dalmus – Niemiec, Witkowski Andres lub Andreas. Robiono to bardzo szybko. Usunięto wszystkie baraki, ponad 16 żelbetonowych bloków SS-mańskich z Jugowic Górnych. Porozbierano baraki z materiałami budowlanymi, a natomiast pozostawiono sam materiał”. W latach 70. XX wieku Kazimierz Fedorowicz był przewodniczącym Koła ZBoWiD w Walimiu.

Z zeznań tych jasno wynika, że pracownicy z PPT zajmowali się między innymi usuwaniem śladów po byłych obozach koncentracyjnych, wysadzaniem w powietrze różnych obiektów, sztolni. Kiedy pracownicy PPT zrobili swoje, 1 stycznia 1950 roku Przedsiębiorstwo Poszukiwań Terenowych postawiono w stan likwidacji.

Pozyskano 8655 ton tłucznia granitowego, 752 tony kostki granitowej, 442 tony szyn wąskotorowych, 55 ton wagoników wywrotek, 135 ton podkładów kolejowych, 36 ton złomu żelaznego, 15 ton cegły budowlanej. Na potrzeby przetransportowania tych dóbr konieczne było wykorzystanie 496 wagonów kolejowych („Tajemnica Riese”, J. M. Kowalski, R. J. Kudelski, Z. Rekuć, str. 106).

Potem sprawa podziemnego kompleksu ucichła, choć na pewno były organizowane wyprawy w Góry Sowie przez nieformalne grupy poszukiwaczy skarbów. Dopiero w 1964 roku została zorganizowana przez Główną Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce pierwsza oficjalna wyprawa w Góry Sowie. Ekspedycją kierował dr Jacek Wilczur. 14 lipca 1964 roku otrzymał on wiadomość, że szef sztabu Śląskiego Okręgu Wojskowego, gen. Mazur, sprzeciwia się planom penetrowania podziemi w Walimiu, Jugowicach, Sierpnicy i Kolcach. Jacek Wilczur odwołał się więc do gen. E. Molczyka, dowódcy Śląskiego Okręgu Wojskowego. Po tej interwencji gen. Mazur powiadomił kierownika ekspedycji, że przydzielił mu pluton saperów, jednego oficera i dwóch podoficerów oraz jeden samochód, zamiast obiecanych trzech. 23 lipca 1964 roku nastąpił wyjazd ekspedycji (15). Po dobrze zapowiadającym się początku, 28 lipca 1964 roku ekspedycja została odwołana. Prawdopodobnie ktoś musiał się obawiać, że dr Wilczur coś ciekawego znajdzie.

W latach 80. XX w tomiku „Ekspresu reporterów”, napisano, że w 1984 roku wyprawę w Góry Sowie zorganizował ówczesny szef MSW, Czesław Kiszczak. Ekspedycja składać się miała z 50 żołnierzy różnej specjalności: grotołazi, alpiniści, płetwonurkowie, saperzy. W drodze jednak ktoś ekspedycję zawrócił. Prawdopodobnie była to osoba, która w hierarchii komunistycznej stała wyżej od Kiszczaka. Ktoś z Komitetu Centralnego. Taką osobą mógł być tylko gen. Mirosław Milewski, który w tym czasie był członkiem Biura Politycznego i sekretarzem KC, miał nadzór polityczny nad wojskiem i MSW. Na te stanowiska został powołany w czasie IX zjazdu PZPR.

W czasach komunistycznych rząd był marionetką, a rzeczywistą władzę sprawował Komitet Centralny PZPR. Czesław Kiszczak, w tamtym czasie minister MSW, wykonywał polecenia sekretarza KC. Nie musiał też wiedzieć o innych działaniach podjętych przez sekretarza KC. Poza tym w MSW istniały nieformalne powiązania, układy, które najważniejsze były na szczeblu dyrektorów departamentów.

Gen. Milewski był jedną z najbardziej wpływowych osób w Polsce w okresie komunistycznym. Był człowiekiem Moskwy i był powiązany wcześniej z NKWD. Posługiwał się fałszywym życiorysem. Przed drugą wojną światową w miasteczku Lipsk na Suwalszczyźnie mieszkała rodzina Milewskich. Mieli jednego synka Mirosława. Jego matka była nauczycielką. Kiedy do miasteczka wkroczyli Niemcy wymordowali cała rodzinę i spalili ich dom.

W 1945 r. na Suwalszczyźnie i w Lipsku pojawiło się NKWD. Ich dowódca twierdził, że tu mieszkał i nazywa się Milewski. Jednak ludzie, którzy znali i pamiętali rodzinę Milewskich twierdzili, że oficer NKWD nie był Mirosławem, synem Milewskich. Jakim więc sposobem dokumenty rodziny Milewskich zamordowanych przez Niemców trafiły do NKWD. Wcześniej były w posiadaniu gestapo. Oficer ten po wojnie pozostał w Polsce i pełnił wiele różnych odpowiedzialnych funkcji państwowych. Założył nawet towarzystwo przyjaciół Lipska. Wybudowaną w miasteczku szkołę nazwano imieniem Milewskiej, rzekomej jego matki. W książce, „Generał Kiszczak mówi…”, autorzy piszą, że jeden z doradców Czesława Kiszczaka twierdził, że miał w rękach teczkę gen. Mirosława Milewskiego założoną przez NKWD.

 

 

Strażnicy tajemnicy

 

Po wojnie podziemie niemieckie na polskich Ziemiach Zachodnich składało się z szeregu większych i mniejszych nie związanych z sobą organizacji bojowych. Najwcześniej utworzony i najliczniejszy był Werwolf, którego ogniwa na przełomie 1944 i 1945 roku powstawały w zasadzie na wszystkich obszarach państwa niemieckiego. W pierwszych miesiącach 1945 roku na polskich ziemiach zachodnich zaczęły powstawać dalsze organizacje podziemia niemieckiego, takie jak Freies Doutschland, Edelweiss Piratem, Freikorps Oberschlesien. Do tworzenia Werwolfu na ziemiach polskich Niemcy przystąpili późną jesienią i zimą 1944-1945 roku (Dokumenty z archiwum MSW. „Pohitlerowskie podziemie dywersyjno-terrorystyczne i organizacje rewizjonistyczne”. „Informator o nielegalnych antypaństwowych organizacjach i bandach zbrojnych działających w Polsce Ludowej w latach 1944-1956”, Warszawa 1964, str. 267-280).

Heinrich Himmler z Hansem-Adolfem Prützmannem, który we wrześniu 1944 roku otrzymał zadanie zorganizowania Werwolfu. Fot. United States Holocaust Memorial Museum / 17 U.S.C. 104A / Wikimedia Commons

Zadaniem tych bandyckich grup było uniemożliwić stabilizację stosunków na odzyskanych ziemiach zachodnich. Miały strzec zamaskowane obiekty poniemieckie, ukryte arsenały broni i amunicji, schowki. Chodziło o te schowki i obiekty utajone, w których ukryto skarby kultury pochodzące ze zbiorów niemieckich, jak i ze zbiorów zrabowanych w okupowanej Europie.

Werwolf miał również strzec podziemnych, ukrytych w górach, lasach, skałach, w zbiornikach wodnych, składów broni, sprzętu wojskowego, amunicji, aparatury, maszyn, depozytów bankowych. Ich zadaniem było dokonywanie zamachów na obiekty gospodarcze, na komunikację. Wszyscy bez wyjątku dowódcy Werwolfu byli członkami jednego z trzech pionów SS, SD, różnych formacji policyjnych lub ukończyli szkoły dowódców (Führerschule). Struktura organizacyjna przewidywała tworzenie podstawowych jednostek organizacyjnych w obrębie wsi, w sile 7 do 10 ludzi. W momencie wkraczania wojsk sowieckich i polskich na obszar Rzeszy istniał tam już Werwolf, który został zorganizowany wcześniej i przygotowany do działań bojowych, sabotażowo-dywersyjnych i terrorystycznych.

Oficjalnie podaje się, że do grudnia 1945 roku milicja, służba bezpieczeństwa i wojsko zlikwidowały w walce większość oddziałów zbrojnych Werwolfu. Niektóry jednak grupy zbrojne trwały długo w podziemiu i prowadziły walkę przez cały 1946 i 1947 rok i później (Dokumenty z archiwum MSW. „Pohitlerowskie podziemie dywersyjno-terrorystyczne i organizacje rewizjonistyczne”. „Informator o nielegalnych antypaństwowych organizacjach i bandach zbrojnych działających w Polsce Ludowej w latach 1944-1956”, Warszawa 1964, str. 267-280).

Po 1947 roku ster podziemnej antypolskiej działalności prowadzonej na Ziemiach Zachodnich przejęły czynniki rewizjonistyczne w zachodnich strefach Niemiec, oraz pozostający wtedy bezpośrednio w służbie amerykańskiej aparat wywiadowczy kierowany przez gen. Reinharda Gehlena (1902-1979) (poniżej).

W czasie wojny był on generałem Wermachtu. Dostał się do niewoli amerykańskiej 22 maja 1945. Z upoważnienia Amerykanów latem 1945 Gehlen przystąpił do tworzenia służby wywiadowczej o nazwie Organizacja Gehlena. Kiedy wrócił do Niemiec, organizacja ta stanowiła podstawę utworzonej 1956 roku w Niemczech Federalnej Służby Wywiadowczej (Bundesnachrichtendienst). Reinhard Gehlen stał jej czele przez 12 lat, od 1956 do 1968 tj. do czasu, gdy został zmuszony do przejścia w stan spoczynku i zastąpił go Gerhard Wessel.

Na terenie powiatu wałbrzyskiego Werwolf działał aż do roku 1950. Dowódcą głównej grupy był Zoeffer zaś jego zastępcą Josef Weingang. Gdy w lipcu 1945 roku złapano 32 członków organizacji, osłabiło to na jakiś czas jej działalność. W połowie 1947 roku grupę dywersacyjną reaktywowano jednak pod nazwą „Kessel-Ring”. Według danych zawartych w archiwach Milicji składała się ona z czterech oddziałów, kierowanych przez byłych SS-manów – Alfreda Kramera, Helmutha Nowaka, Eksnera. Do głównych zadań grupy należały sabotaż, wroga propaganda, destabilizacja życia społecznego oraz rabunki. Czwarta grupa o nazwie „Munition-Spreng-Gruppe” kierowana przez byłego SS-mana Waltera Ebsberga, działała w okolicach Jedliny Zdroju. Specjalizowała się w wysadzaniu mostów, dróg, sabotażach w kopalniach i fabrykach.

Obok walki zbrojnej celami jakie postawiono członkom niemieckiego podziemia było „podstępne zdobywanie obywatelstwa polskiego i przenikanie do polskich organizacji społecznych, politycznych oraz urzędów, aby od wewnątrz prowadzić swą destrukcyjną działalność”. Prawdopodobnie takie cele osiągnął inż. Dalmus i zapewne inni członkowie Werwolfu.

Ponadto w Wałbrzychu w latach 1945-1946 działała organizacja „Front za Frontem”. Dowódcą był Hans Steinberg. Miał dwóch zastępców: Helmuta Gerharda i Rudolfa Poizera. Organizacja liczyła 16 członków, którzy planowali prowadzenie dywersji w kopalniach i kolejnictwie.

W 1989 roku zmarł jeden z mieszkańców Walimia, niejaki Wojtczak. Mieszkał tutaj od wojny, nie miał rodziny, i z nikim nie utrzymywał bliższych kontaktów. Jak ognia unikał wizyty u lekarza. Nawet gdy chorował, brał urlop i leczył się sam w domu. Pochówkiem miały zająć się władze gminy, ale ponieważ zmarły nie posiadał żadnych bliskich krewnych, jego zwłoki miały posłużyć do celów dydaktycznych dla studentów. Ciało zostało przesłane do Akademii Medycznej we Wrocławiu. Podczas oględzin okazało się, że na wewnętrznej stronie ramienia, tuż pod pachą, mężczyzna miał charakterystyczny tatuaż. Ten tatuaż nie pozostawiał wątpliwości. Wojtczak musiał być w SS.

Sprawą zainteresował się polski kontrwywiad. Zarządzono przeszukanie mieszkania zmarłego. Tam funkcjonariusze odkryli zamaskowane szafą drzwi, które prowadziły do kolejnego pomieszczenia. To, co tam znaleźli, zaskoczyło wszystkich. W skrytce leżały niemieckie dokumenty z czasów wojny, mapy, zdjęcia i kompletny mundur członka SS. Dopiero kilka tygodni po śmierci Wojtczaka jedna ze starszych mieszkanek Walimia przyznała się, że wiedziała, kim naprawdę był. W czasie wojny została przymusowo zatrudniona w zakładach włókienniczych w Walimiu. Opowiedziała, że służył w miejscowej jednostce SS i już po wojnie groził jej śmiercią, gdyby przyszło jej do głowy zdradzić jego prawdziwą tożsamość. Do dziś jednak nie wiadomo, czy Wojtczak został w Walimiu celowo, by chronić ukrytej gdzieś w górach tajemnicy, czy też rozpoczął nowe życie. Przechowywany jednak kompletny mundur członka SS, temu przeczy. Czekał na powrót na te ziemie Niemców (http://przewodnik.onet.pl/dreszczyk/straznicy-przeszlosci,1,3324816,artykul.html).

Z danych statystycznych wynika, że od maja do września 1946 roku wysiedlono z gminy Głuszyca i okolicznych wsi 8284 Niemców. Ci co pozostali w liczbie 1224 stanowili trzon wykwalifikowanej kadry miejscowych zakładów przemysłowych. Część z nich wystąpiła do władz o przyznanie obywatelstwa polskiego. Z danych statystycznych na dzień 1. 03. 1950 roku wynika, że liczba ludności w gminie wynosiła 10 378 osób, w tym 360 Niemców i 30 innych cudzoziemców (Stanisław Michalik, „Tu jest nasz dom”, Głuszyca 2010). Czy ci Niemcy, którzy przyjęli obywatelstwo polskie, rzeczywiście stali się Polakami? Ilu z nich było członkami Werwolfu i innych podziemnych organizacji zbrojnych? Zmarły mieszkaniec Walimia nosił polskie nazwisko.

 

 

Reinhard Gehlen

 

Reinhard Gehlen, niemiecki generał Wermachtu. Po wojnie z upoważnienia Amerykanów utworzył służbę wywiadowczą o nazwie Organizacja Gehlena. Za: Wikipedia.org

 

Reinhard Gehlen (1902-1979), generał Wermachtu, dostał się do niewoli amerykańskiej 22 maja1945. Z upoważnienia Amerykanów latem 1945 Gehlen przystąpił do tworzenia służby wywiadowczej o nazwie Organizacja Gehlena. Kiedy wrócił do Niemiec, organizacja ta stanowiła podstawę utworzonej 1956 roku w Niemczech Federalnej Służby Wywiadowczej (Bundesnachrichtendienst). Reinhard Gehlen stał jej czele przez 12 lat, od 1956 do 1968 tj. do czasu, gdy został zmuszony do przejścia w stan spoczynku i zastąpił go Gerhard Wessel.

Dla Amerykanów stał się ważnym źródłem informacji na temat Rosjan (Sowietów) i ich potencjału militarnego, gdyż jako jeden z najważniejszych oficerów Hitlera na froncie wschodnim kierował rozległą i dobrze zorganizowaną siatką nazistowskich szpiegów (jej członkami nie byli wyłącznie Niemcy) działających na szkodę Armii Czerwonej i ZSRR.

Organizacji Gehlena w dużym stopniu korzystała z faktu, że często CIA zwracała się do Gehlena, kiedy chciała ukryć niektóre bardzo wrażliwe operacje jeszcze głębiej niż zwykle. W tamtych czasach jego kontakty wśród byłych esesmanów i gestapowców były wyjątkowo cenne. Jedna z takich okazji miała miejsce w Egipcie pod koniec 1953 roku, wkrótce po otwarciu dużych ośrodków CIA, mających na celu zrównoważenie wpływów sowieckich na Bliskim Wschodzie. Centralna Agencja Wywiadowcza finansowała działalność SS Sturmbannführer Aloisa Brunnera, który uważany był przez wielu za najbardziej zdeprawowanego nazistowskiego mordercę pozostającego na wolności.

Szymon Wiesenthal szacuje, że Brunner jest osobiście zamieszany w morderstwo 128.500 osób. Eichmann o nim mówił: „To jeden z moich najlepszych ludzi”. Francuski sąd ostatecznie oskarżył go zaocznie za zbrodnie przeciwko ludzkości i skazał go na karę śmierci. Zamiast stanąć przed sądem, Brunner spokojnie mieszkał sobie w Damaszku w Syrii, gdzie działał dla Gehlena. Najbliższym współpracownikiem i sojusznikiem Aloisa Brunnera vel Georga Fischera na Bliskim Wschodzie był Wielki Mufti Jerozolimy, Haj Amin al-Hussejn. W 1959 roku Skorzeny przeniósł go do Paragwaju, gdzie został doradcą ds. bezpieczeństwa prezydenta Stroessnera. Zmarł w Brazylii.

 

 

Zaniżanie liczby zamordowanych Polaków w czasie II wojny światowej

 

W Polsce po 1989 roku podjęto akcję, której celem jest zaniżanie liczby ofiar niemieckich zbrodni w czasie drugiej wojny światowej, a w konsekwencji oczyszczenie Niemców ze zbrodni popełnionych na Narodzie Polskim. Pomniejszanie strat ludnościowych Polski w czasie II wojny światowej odbywa się w imię tzw. dobrych stosunków polsko-niemieckich (mit giedroyciowski?).

Na portalu nacjonalista można przeczytać, że „Już w latach 70. XX w. podczas spotkań komisji mieszanej polsko-niemieckiej dla ustalenia jednobrzmiących podręczników szkolnych podnoszone było przez stronę niemiecką życzenie ustalenia liczby ofiar KL Auschwitz na 1-1,5 mln” (http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,4116). Po upadku PRL Polska przyjęła orientację proniemiecką. Po 1989 r. w polityce zagranicznej Polski dominowały dążenia do integracji ze strukturami euroatlantyckimi. Wyrażono je w haśle „powrotu do Europy”, a rząd wskazywał na to, że jedyna możliwa droga na Zachód prowadzi przez porozumienie z Niemcami.

Pomniejszanie liczby ofiar dotyczy nie tylko KL Auschwitz, ale też innych obozów. Pomija się milczeniem zamordowanie ponad 200 tys. Polaków w KL Warschau. Zmniejszono obszar i okres działania tego obozu, wypaczając jego wielkość. Uczynił to dr Bogusław Kopka w książce pt. „Konzentrationslager Warschau, historia i następstwa” (Mira Modelska-Creech Ph.D. List otwarty do IPN, 10 października 2007 r., Myśl! Nr 40 (8), Wałbrzych-Krosno 2007).

W 1994 roku na Pomniku Narodowym w Birkenau, który został odsłonięty w 1967 roku, zmieniono różnojęzyczne inskrypcje mimo licznych protestów. Uzasadnienie zmiany zawiera publikacja Muzeum Oświęcimskiego z 1992 roku pt. „Ilu ludzi zginęło w KL Auschwitz”. Autorem tego opracowania jest kierownik Działu Historycznego Muzeum dr Franciszek Piper, który wkroczył bezceremonialnie w kompetencje IPN. Orzekł on bowiem o niezbędności skorygowania ustaleń Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, a także sentencji wyroku Trybunału Norymberskiego.

Liczbę ofiar tego obozu zredukował dr Piper z co najmniej 3 do 4 milionów do najwyżej 1,5 miliona, przy czym liczbę zgładzonych tam Żydów zmniejszył o półtora miliona a Polaków o ponad milion (do 75 tysięcy osób). Ponoć nastąpiło to w oparciu o wyniki badań historyków zachodnich, chociaż autor owej redukcji przywołał oświadczenie Międzynarodowej Rady przy Muzeum, „uzasadniającej usunięcie tablic z pomnika sprostowaniem błędnych informacji, dających okazję do wybielania hitlerowskich morderców”. Rada pominęła protest Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem, natomiast uznała, że “główną podstawą zmiany są dane historyków żydowskich, przy czym zmniejszenie ilości ofiar nie powoduje istotnego zredukowania ogólnej ilości ofiar zagłady”. Trudno doszukać się w tym logiki, ale Pomnik Narodowy zmieniono, a IPN nie zajął w tej sprawie stanowiska (Dr inż. Stefan Pągowski, Fundacja im. Piekarskiego w Calgary, Kanada).

Głuszyca. Ścieżka obozu Aussenlager Wüstegiersforf obok trzech stawów. Autor: Jacek Gwiazdowski.

Protesty w tej sprawie, np. Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem (1994r) czy Związku byłych Więźniów z Chicago (2002), są ignorowane albo odrzucane. Departament Dziedzictwa Narodowego Ministerstwa Kultury potwierdził prawidłowość ustaleń PMAB w oparciu o opinie wyselekcjonowanych „wybitnych polskich uczonych: prof. Bartoszewskiego i dr Biernackiego”; trudno zresztą oczekiwać od nich innego zdania – profesor(?) jako Minister Spraw Zagranicznych potwierdził przed Bundestagiem w dniu 28 IV 1995 roku opinię PAN o przytoczonej wyżej ogólnej liczbie zabitych 2 mln Polaków, zaś dr Biernacki uczestniczył w bezpowrotnym przekazaniu Niemcom oryginałów dokumentów zbrodni niemieckich w Polsce (Dr inż. Stefan Pągowski, Fundacja im. Piekarskiego w Calgary, Kanada).

W latach 1939-1945 mordy Polaków osiągnęły nieznany przedtem w historii rozmiar. W lutym 1946 r. ludność Polski wynosiła 23,9 mln osób. W 1936 r. ludność Polski wynosiła 33 mln 823 tys. osób, a w 1939 już ponad 35 milionów osób. Według spisu z 1931 r. ludność Polski o języku ojczystym polskim stanowiła 68,9 proc., a o innym języku ojczystym 31,1 proc. ogółu mieszkańców, których było wówczas 32 mln. 133 tys. (język ukraiński i ruski 13,9%, żydowski lub hebrajski 8,6%, białoruski 3,1%, niemiecki 2,3%, rosyjski 0,4%, litewski 0,3%) (26). W porównaniu z ludnością Rzeczypospolitej przed wojną, oznaczało to spadek o ponad 12 mln. osób.

Należy jednak zaznaczyć, że te wielkości nie są właściwie porównywalne ze względu na przesunięcie granic, olbrzymie straty ludnościowe oraz migracje na ziemiach polskich podczas drugiej wojny światowej i po jej zakończeniu. Rozmiary tych zmian można oszacować tylko w przybliżeniu. Straty ludnościowe Polski zostały podane w 1947 r. przez polskie Biuro Odszkodowań Wojennych i ogólna liczba zabitych wynieść miała 6 mln 28 tys. obywateli RP, z czego około 3 mln stanowili Żydzi. Straty poniesione w czasie wojny przez obywateli RP narodowości innych niż polska i żydowska są trudne do oszacowania. Dane te zostały jednak zaniżone z co najmniej 8 mln. do 6 mln, (Za: „Głos Polski”, nr 49 z 12-18 XII 2007). Do liczby podanej przez Biuro Odszkodowań Wojennych dodać należy około 680 tys. ludności cywilnej i 150 tys. żołnierzy i oficerów wymarłych lub wymordowanych w ZSRR w latach 1939-1941 oraz drugie tyle osób, które wyginęły tam w latach 1941-1945. Zbliżałoby to ogólny szacunek do około 7,6 mln ofiar, ale nadal do stanu z 1939 r. brakowało 4 mln. osób.

Dotychczasowa bierna postawa Rządów RP i konsekwentna polityka państwa niemieckiego rozzuchwaliły niemieckich rewizjonistów a rezultatem jest między innymi udowadnianie, że w KL Auschwitz nie mogło zginąć więcej niż pół miliona Żydów (np. artykuł Fritjofa Meyera w miesięczniku Osteuropa z maja 2002 roku). Również w Polsce, utrzymywane przez polskich podatników, Muzeum Oświęcimskie mimo licznych protestów zredukowało w 1992 r. liczbę Polaków tam zamordowanych z ponad miliona do 75 tysięcy (Franciszek Piper: Ilu ludzi zginęło w KL Auschwitz, PMAB 1992, stron 131).

Owa redukcja podparta jest publikacją prof. Łuczaka z Polskiej Akademii Nauk, dowodzącej uśmiercenia (tylko) 2 mln Polaków w czasie wojny przez Niemców, Sowietów i Ukraińców. Przykłady dobrze ukazują naszą indolencję wobec skuteczności polityki Niemców ale i rolę „liberalnych” polskich historyków, minimalizujących zakres polskich strat wojennych i roszczeń odszkodowawczych (Dr inż. Stefan Pągowski, Fundacja im. Piekarskiego w Calgary, Kanada).

Należy dodać, że już w 1954 roku na niemieckich uniwersytetach 76. pracowników naukowych zajmowało się rewizjonizmem; w Monachium działa od 1951 r. Osteuropa Institut (fundacja kontrolowana przez Ministerstwo Oświaty), tamże w 1952 roku powstał Istitut für Südosteuropa; od 1949 r. w Stuttgardzie działa Deutsche Gessellschaft für Osteuropakunde; w Getyndze Arbeitsgemeinschaft für Osteuropaforchung; w Luneburgu od 1946 r. zagadnieniami granicy na Odrze i Nysie zajmują się Nordostdeutsche Akademie i Gőttinger-Arbeitskreis, w Marburgu Johan Gottfried Herder Institut od 1950 r. wyłonił Komisję d/s Pomorza, Bałtów, Wartheland i Śląska; w 1951 r. w Berlinie założono Osteuropa Instytut (Stanisław Kozanecki i Tadeusz Borowicz, „Myśląc o Polsce”, wyd. w Brukseli w 2006 roku, stron 250- strony 152 do 155).

Niemieccy naukowcy nie próżnują, a zapewne wymienione instytucje zostały zintegrowane albo pomnożone w ostatnim ćwierćwieczu, wspomagając Związek Wypędzonych. Natomiast w Polsce można obawiać się o dalekosiężne cele, opartej na fałszu polityki państwa niemieckiego, wyznaczającego w art. 116 swojej Konstytucji granice na terytorium Polski.

 

 

Fałszowanie prawdy

 

Obecnie Niemcy wiodą prym nie tylko w Unii Europejskiej, ale również w globalnym świecie, gdzie obok USA uchodzą za państwo wysoko rozwinięte o wysokiej stopie życiowej. Chcą też uchodzić za państwo wyższe cywilizacyjnie i kulturowo. Dlatego chcą wymazać z pamięci zbrodnie popełnione w czasie drugiej wojny światowej. Stąd zaraz po wojnie podjęli działania, których celem jest oczyszczenie ich ze zbrodni wojennych. Im się nie dziwię, ale dziwię się kolejnym polskim rządom, które przyjmują niemiecki punkt widzenia na drugą wojnę światową i im ustępują.

Nie jest tajemnicą, że Fundacja Polsko-Niemieckie Pojednanie finansowana jest przez Niemców, a zasiłki pieniężne na rzecz nielicznych żyjących jeszcze Polaków, ofiar zbrodni albo niewolniczej pracy, nie stoją w żadnej proporcji do wyrządzonych krzywd Narodowi Polskiemu. Przedstawiciele Muzeum Auschwitz uchylają się od prowadzenia rzeczowej dyskusji na temat liczby ofiar, grożąc oponentom skorzystaniem z przepisów ustawy z 18 grudnia 1998 roku o Instytucie Pamięci Narodowej (dot. Odpowiedzialności karnej za propagowanie tzw. „kłamstwa oświęcimskiego”).

Według autorów książki „Tajemnica Riese. Na tropach największej kwatery Hitlera”, to już „w roku 1947 zaczęto usuwać ślady po byłych obozach koncentracyjnych. Robili to ludzie z terenowego przedsiębiorstwa zajmującego się jakimiś poszukiwaniami. Wśród nich był inż. Dalmus, Witkowski, Anders. Robiono to szybko” (M. Kowalski, J. R. Kudelski i Z. Rekuć, „Tajemnica Riese. Na tropach największej kwatery Hitlera”).

Tablica w Gross Rosen. Lata 50-60 XX w. Za:. http://www.mojemiasto.swidnica.pl

Anton Dalmus w 1960 roku wrócił do Niemiec Zachodnich, i prawdopodobnie do tego czasu trwało usuwanie śladów po obozach pracy i maskowanie sztolni. Po 1989 roku zaczęto podawać znacznie zaniżoną liczbę więźniów przybywających w obozach Arbeitslager Riese. Czynili to sami Niemcy.

W ramach projektu edukacyjnego „Fundacji Pamięć, Odpowiedzialność, Przyszłość” w Berlinie, wspieranej przez Fundację Roberta Boscha, wydano broszurę „Kompleks Riese”. Uczestnikami projektu między innymi byli: Annemarie Franke – kierownik Miejsca Pamięci Fundacji Krzyżowa dla Porozumienia Europejskiego, Charlotte Veit – koordynatorka projektu, Ulrike Ernst – koordynatorka projektu oraz dr Renata Kobylarz – pracownik naukowy Centralnego Muzeum Jeńców Wojennych w Łambinowicach-Opolu, Mariusz Zajączkowski – pracownik Biura Edukacji Publicznej IPN Oddział w Lublinie i Monika Szurlej- pracownik Miejsca Pamięci Fundacji Krzyżowa dla Porozumienia Europejskiego. Autorzy broszury podają, że Arbeitslager Riese składał się z 4 dużych i 12 mniejszych podobozów.

O ilości więźniów autorzy piszą: „Przypuszcza się, że między 1943 i 1945 r. przetrzymywano w nich w sumie 13,3 tys. więźniów”. O zgonach więźniów: „Ogółem wykazano 3648 przypadków zgonów więźniów wskutek chorób i wycieńczenia będących następstwem niedoboru żywności, ciężkiej pracy fizycznej oraz okrutnego traktowania przez strażników”. Autorzy broszury zaliczają do mitów rzeczywistą wielkość kompleksu Riese. Zaginione depozyty bankowe, muzealne oraz archiwalia to również mity. Do mitów zaliczają strażników tajemnicy Riese.

Pogłoski o masowych egzekucjach więźniów Al Riese, którzy w ostatnich tygodniach wojny pracowali przy demontażu maszyn i urządzeń na terenie kompleksu lub brali udział w niszczeniu bądź maskowaniu niektórych obiektów to mity. Ponadto autorzy twierdzą, że do mitów należy również to, że SS miało zamordować około 30 tys. więźniów („Kompleks Riese”, „Fundacji Pamięć, Odpowiedzialność, Przyszłość” w Berlinie, wspieranej przez Fundację Roberta Boscha). Tutaj Niemcy występują we własnej sprawie.

Takie dane przedstawiają turystom odwiedzającym sztolnie w kompleksie Riese przewodnicy. Kiedyś zwróciłem uwagę przewodnikowi w sztolniach pod Włodarzem, że nie tylko Żydzi tu pracowali i ginęli, ale również Polacy. Usłyszałem w odpowiedzi, że byli to Żydzi z Polski.

Nie dawałem za wygraną, i zapytałem: – Czy wie pan o tym, że po upadku Powstania Warszawskiego do obozu koncentracyjnego Gross-Rosen wysyłano powstańców i ludność cywilną? Zaprzeczył. Więc podałem mu przykład: – Znałem cztery osoby, które po Powstaniu Warszawskim zostały wywiezione do Gross-Rosen i pracowały w kompleksie Riese. Jedna z tych osób mieszkała w moim bloku. Przed wojną mieszkała w Warszawie, była nauczycielką. W czasie Powstania Warszawskiego była łączniczką. Po upadku powstania razem z innymi została wywieziona do Gross-Rosen, a następnie do jednego z podobozów Arbeitslager Riese. Udało się jej przeżyć. Po wojnie chciała powrócić do Warszawy, ale kiedy przybyła tam do biura meldunkowego wulgarnie jej powiedzieli: „Wracaj dziadówko tam, skąd przyjechałaś!”. Czyli miała wrócić do Gross-Rosen. Osiedliła się więc w Wałbrzychu. Była już w podeszłym wieku. Żyła w biedzie, bez pracy i renty. Pomagali jej sąsiedzi.

Dr Jacek Wilczur w książce „Księstwo SS” pisze, że „nie udało się odnaleźć około siedemdziesięciu tysięcy ludzi – robotów, bo taką mniej więcej liczbę podają w swoich zeznaniach świadkowie”.

 

 

Świadome fałszowanie historii w III RP

 

Oto oświadczenie największego w Polsce Koła Byłych Więźniów w KL Auschwitz-Birkenau: „W Obliczu śmierci z rąk Niemców wszyscy byli równi. W 1994 przy okazji 50-lecia wyzwolenia obozu odsłonięte zostały nowe tablice pamiątkowe, które mówią około 1,5 miliona” ofiar.

My, byli więźniowie obozu koncentracyjnego KL Auschwitz-Birkenau i innych niemieckich obozów zagłady świadkowie i niedoszłe ofiary planowego ludobójstwa narodu polskiego, Słowian i Żydów stwierdzamy:

– Ilość ofiar KL Auschwitz-Birkenau wynosi nie mniej niż 4 miliony co stwierdził osobiście w swych zeznaniach na procesie były komendant obozu Rudolf Höss; świadkowie tego procesu żyją do dziś;

– Każda próba negowania tej liczby jest świadomym fałszowaniem historii i tak będzie przez nas traktowana;

– Żądamy usunięcia zafałszowań i przemilczeń z podręczników nauki historii;

– Płyty upamiętniające męczeńską śmierć czterech milionów ludzi w KL Auschwitz-Birkenau mają wrócić na swe miejsce, skąd zostały usunięte;

– Sprzeciwiamy się próbom skłócania Polaków z Żydami;

W obliczu śmierci z rąk Niemców wszyscy byli równi. I tak ma pozostać.

Tekst tego oświadczenia zaaprobowali uczestnicy walnego zebrania członków największego w Polsce Koła Byłych Więźniów w KL Auschwitz-Birkenau w dniu 7 października 1997. Oryginalne podpisy”.

Pomniejszając straty ludnościowe Polski świadomie dąży się do tego, aby Polacy stracili pamięć o milionach pomordowanych Rodaków w czasie drugiej wojny światowej, i tym samym stali się „jedynie zbiorem ludzi, czasowo zajmujących dane terytorium”.

 

Stanisław Bulza

Reklamy

4 comments on “Stanisław Bulza: Szlakiem śmierci. Koniec tajemnicy Riese (Część III)

  1. we wszystkich obozach KL w Polsce mogło zginąć tylko 200.000 Polskich żydów…przed II WŚ w Polsce było ok. 3 mln żydów, 2 mln na Kresach (sowiecka strefa okupacyjna) i 1 mln w tzw. Generalnej Guberni (GG). Z tego miliona do 1941 roku do sowietów czmychnęło ok. 200.000 żydów z rodzinami (głównie komuniści). Kolejne 200.000 żydów zostało po aryjskiej (Polskiej) stronie… więc w wszystkich gettach zgromadzono jedynie 600.000 żydów. W gettach do 1942 roku zginęła połowa żydów (przeważnie dzieci i starsi) z powodu głodu, chorób i zimna…więc do wszystkich obozów KL w Polsce mogło trafić jedynie 300.000 żydów…jeżeli 50-100.000 żydów przeżyło obozy, to z „prostej matematyki” wychodzi, że we wszystkich obozach w Polsce zginęło niewiele ponad 200.000 żydów…a na Kresach w latach 1941-1942 niemczochy zamordowali z 1 mln żydów (a może i mniej), bo przynajmniej połowa czmychnęła na wschód przed frontem…więc z „prostej matematyki” wychodzi, że w tzw. holokauście „zginęło” ok. 1,2 mln Polskich żydów, czyli 40 % przedwojennej populacji…”graficznie”: ok. 1 mln żydów (na Kresach ) niemczochy z u-kraińcami, Białorusinami i Litwinami po prostu zastrzelili i do dołów…następne 300-400.000 zmarło zwyczajnie w gettach (przy kompletnej obojętności tych żydów, którzy żyli)…no i we wszystkich obozach (KL) mogło ich zginąć jedynie ok. 200.000…bo więcej ich w Generalnej Guberni nie było…i raczej z wycieńczenia przy pracy (którą musieli wykonywać)…niż w jakiś okrutny sposób jak, to rozgłaszają…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s