media-324398-17

Kapłan przed plutonem egzekucyjnym – ks. Tadeusz Kiersztyn

 

Ks. Tadeusz Kiersztyn, były jezuita, zginął w tajemniczym wypadku samochodowym 22.08.2012 roku na obwodnicy Krakowa o godzinie 11.00. Jego samochód został staranowany przez TIR-a. Ciężko jest znaleźć więcej informacji na temat tego wydarzenia.

Jeden z komentarzy w internecie zwraca uwagę na to że 22 sierpnia to katolickie święto Maryi Królowej. Katolicy czczą jako królową niebios Maryję matkę Jezusa, jednak ludzie którzy wprowadzili jej niebiblijny kult we wczesnym średniowieczu przemycili w ten sposób do Kościoła katolickiego pogański kult Izydy/Asztarte/Diany, któremu nadali nową nazwę i chrześcijańskie pozory. Inicjały pogańskiej Izydy ukryte są w monogramie jezuitów IHS, przedstawionemu profanom jako inicjały Jezusa Zbawcy Ludzi.

– Radtrap

______________________________________________________________________

Źródło: Poznajmy-prawde.blog.onet.pl

Chciałbym pokrótce przedstawić dramat mego życia poświęconego dziełu Intronizacji Jezusa Króla w naszym Narodzie. Od kilkunastu lat władze duchowne zmuszały mnie, bym zaparł się Jezusa Króla i bym wraz z narodem Izraelskim wybrał Barabasza, tak jak to uczyniły one na fali soborowych przemian.

Gdy sztandaru Jezusa Króla Polski mimo wszelkich gróźb, kar i nacisków nie chciałem wypuścić z dłoni, postawiono mnie, tak jak ongiś górników z „Wujka”, przed plutonem „egzekucyjnym”, którym dowodził sam kard. Stanisław Dziwisz, i nie strzelano do mnie z broni palnej, lecz popełniono na mnie mord moralny przy użyciu broni, znanej dobrze siłom ciemności. Zanim opiszę te smutne wydarzenia, by były one zrozumiałe, krótko przedstawię historię mego życia, umieszczając w niej linki do najważniejszych dokumentów.

Moja droga życia


Nazywam się Tadeusz Kiersztyn i mam obecnie 62 lata. Do zakonu jezuitów wstąpiłem w sierpniu 1971 roku. Studia z zakresu duchowości ukończyłem w Rzymie w roku 1980. Rok wcześniej zostałem wyświęcony również w Rzymie przez papieża Jana Pawła II. W zakonie jezuitów pełniłem funkcje prefekta kleryków, a potem Krajowego Dyrektora Apostolstwa Modlitwy i redaktora naczelnego „Posłańca Serca Jezusowego”. Jednakże cały czas specjalizowałem się w formacji duchowej świeckich.

Rok 1996 był rokiem przełomowym w moim życiu, gdyż pod wpływem pism Rozalii Celakówny Pan Bóg pozwolił mi przewartościować całą dotychczas zdobytą wiedzę pod kątem Jego królewskiej godności. Dogłębnie zrozumiałem, że to Bóg króluje nad narodami (Ps 47,9) i że On jest jedynym Władcą, Królem królów i Panem panujących (1Tm 6,15). Raduj się ziemio opromieniona tak niezmiernym blaskiem, a oświecona jasnością Króla Wieków, poczuj, że wolna jesteś od mroku, co świat okrywa (Exultet).

W przeciągu dwóch miesięcy doprowadziłem do otwarcia procesu kanonizacyjnego Rozalii Celakówny, apostołki Jezusa Króla Polski, na terenie Archidiecezji Krakowskiej przez ks. kard. Franciszka Macharskiego, co miało miejsce 5.11.1996 r. Od tej chwili „nasza Rózia” otrzymała tytuł Służebnicy Bożej, a ja poświęciłem cały wolny czas, by z jednej strony wspierać czynności procesowe, a z drugiej strony by głosić Polsce misję Rozalii – wezwanie do ogłoszenia Pana Jezusa Królem Polski przez władze kościelne i państwowe.

W niecały miesiąc po otwarciu procesu S.B. Rozalii Celakówny ofiarowałem Panu Jezusowi w Bazylice Serca Jezusa w Krakowie, wśród dość dramatycznych okoliczności, wotum – złotą koronę. To wydarzenie spowodowało, że ujawniły się ukryte dotąd w zakonie jezuitów i w Kurii krakowskiej siły liberalne, niewiele mające wspólnego z Objawieniem i z religią katolicką, wrogo nastawione do idei panowania Boga w naszym Narodzie. Głównymi wtedy przeciwnikami Jezusa Króla Polski objawili się: prowincjał jezuitów Prowincji Polski Południowej o. Adam Żak oraz metropolita krakowski ks. kard. Franciszek Macharski, co skutkowało tym, że na drodze zakazów i poprzez różnego rodzaju ostracyzmy próbowano zniechęcić mnie do szerzenia posłannictwa Rozalii. Po dwóch latach utarczek, gdy zorientowano się, że wyżej cenię obowiązek wiary niż względy ludzkie, postanowiono mój problem rozwiązać definitywnie. W czerwcu 1998 r. złożono mnie ze stanowiska Krajowego Dyrektora AM oraz z redaktora naczelnego „PSJ”, a w trzy miesiące potem zażądano ode mnie, bym opuścił Polskę na nieokreślony czas.

W tym czasie jezuici opcji liberalnej czynili wszystko, by zdyskredytować posłannictwo Rozalii, a zwłaszcza wszystkie działania związane z Intronizacją Pana Jezusa na Króla Polski. Już w lutym 1998 r. o. prowincjał Adam Żak podczas egzorty wygłoszonej do członków wspólnoty jezuickiej na Przegorzałach w Krakowie stwierdził, że misją Kościoła nie jest szerzenie Królestwa Bożego na ziemi, a tylko działalność charytatywna. Ten nieporównywalnie heretycki pogląd, godzący w samą istotę Ewangelii, uświadomił mi, jak dalece Towarzystwo Jezusowe zatraciło ducha swego charyzmatu, a także jak groźne może to być dla Kościoła. W tym czasie bowiem szeptano między jezuitami, że o. A. Żak wraz z bp. T. Pieronkiem oraz bp. J. Życińskim przygotowywali razem przemówienia papieskie przed kolejną podróżą do Polski Jana Pawła II.

Rozwój wydarzeń, o których należałoby swoją drogą napisać obszerne sprawozdanie, nie pozostawiał złudzeń, że z chwilą mego wyjazdu z Polski zniszczony zostanie proces Rozalii oraz zniszczona zostanie założona przeze mnie Fundacja Serca Jezusa – powód (łac. actor) w procesie kanonizacyjnym S.B. Rozalii Celakówny (dla wyjaśnienia dodam, że powód to „osoba” zajmująca się finansowaniem procesu oraz prowadzeniem Biura Postulacji przez wskazanego przez siebie postulatora kanonicznie zatwierdzonego). Zważywszy na głęboki kryzys wiary w zakonie jezuitów oraz potrzebę wzięcia w obronę Fundacji Serca Jezusa – pełniącej rolę powoda w procesie – i Biura Postulacji S.B. Rozalii Celakówny, moja decyzja brzmiała: Jeśli zakon zmusza mnie do opuszczenia Polski, to wolę opuścić zakon, by zostać w Polsce dla wyżej wymienionych racji. Moją decyzję przedstawiłem w liście do prowincjała z dnia 30 września 1998:

Powiadamiam, że przed Panem Bogiem i własnym sumieniem podjąłem definitywną decyzję opuszczenia Towarzystwa Jezusowego. Wstąpiłem do Towarzystwa Jezusowego z niezłomną wolą służenia w nim Chrystusowi i bronienia Jego Królestwa na ziemi przed atakami szatana, działającego przez ludzi mu uległych (por. ĆD, Medytacja o dwóch sztandarach). Przez prawie 30 lat coraz bardziej przygniatała mnie świadomość, że Towarzystwo Jezusowe zdradziło swe szczytne ideały, demonstrując w obliczu współczesnych zagrożeń przerażającą pasywność lub – w osobach poszczególnych kapłanów – jawnie spiskując przeciwko Chrystusowi i Jego Królestwu.

Rozwój wydarzeń z ostatnich miesięcy, dotyczących mojej osoby i mojej działalności, przekonał mnie o beznadziejności co do dalszych prób zrealizowania mego powołania na drodze, którą obecnie kroczy Towarzystwo Jezusowe. Przy okazji z przykrością muszę stwierdzić, że poziom moralny, jak również poziom świadomości teologicznej Ojca Prowincjała, które ujawniły się zwłaszcza w prowadzonych ze mną rozmowach, były dla mnie w najwyższym stopniu gorszące. Jestem głęboko przekonany, że prowadzi Ojciec Prowincję sobie powierzoną do duchowego samozniszczenia, szkodząc tym samym całemu Kościołowi.

Biorąc to wszystko pod uwagę, dalsze przebywanie w Towarzystwie Jezusowym niesie dla mnie nieuchronną groźbę zmarnowania życia i budzi poważne obawy o zbawienie wieczne. Dlatego też, doświadczając wielkiej udręki duchowej, którą powoduje powyższa świadomość, jak też psychicznej niemożności dalszego wywiązania się ze ślubów zakonnych, złożonych przeze mnie w dobrej wierze w Towarzystwie Jezusowym, ze swej strony w sposób całkowicie wolny i świadomy z dniem dzisiejszym zrywam te więzy, które łączą mnie z Zakonem poprzez śluby, równocześnie komunikując, że rozpoczynam stosowne starania, by zerwanie tych więzów zostało także uznane od strony formalnej przez kompetentną władzę kościelną.

Dom Zakonny, w którym obecnie przebywam, opuszczę w terminie podanym mi przez Ojca w liście z dnia 29 września 1998 r., tj. do dnia 8 października 1998 r.

Zgodnie z zapowiedzią opuściłem zakon w październiku 1998 roku, przenosząc się do Wspólnoty św. Klaudiusza, jednostki prawnie działającej w ramach Fundacji Serca Jezusa. Jednakże oficjalne rozwiązanie więzów z zakonem według prawa mogło nastąpić wyłącznie na drodze dymisji udzielonej mi przez zakon. Po rocznym oczekiwaniu dymisję z zakonu otrzymałem w dniu 25 września 1999 r. Rozpocząłem wtedy starania, by znaleźć przychylnego mi biskupa i tu objawiła się twarda rzeczywistość: zbyt potężnych miałem wrogów, by moje poszukiwania zostały uwieńczone sukcesem.

Chcąc uratować mą godność bezlitośnie szarganą przez dawnych współbraci, ujawniłem powody mego odejścia z Towarzystwa Jezusowego listem otwartym Do Jezuitów. Natomiast, by uratować me kapłaństwo, musiałem uciec się do niezamierzonego zresztą fortelu. W 2000 roku zwróciłem się do ks. kard. Macharskiego z pisemną prośbą o zezwolenie mi na wykonywanie święceń na rzecz Wspólnoty św. Klaudiusza. Ponieważ na mój list nie otrzymałem odpowiedzi od ks. Kardynała, pozwoliło mi to uchwycić się prawa do wykonywania czynności kapłańskich w oparciu o pozwolenie domniemane (zdjęcie 1, zdjęcie 2). Dla wyjaśnienia dodam, że „Kodeks Prawa Kanonicznego” zostawia w tym względzie dość szeroki margines, dzięki któremu mogłem rościć sobie prawo do wykonywania święceń (kan. 269, 693, 701, 1335). Jedynie suspensa (dekret zakazujący wykonywania święceń) udzielona mi w formie deklaratywnej przez kompetentną władzę kościelną mogła pozbawić mnie nabytego w powyższy sposób prawa do wykonywania święceń na rzecz Wspólnoty św. Klaudiusza. Suspensy nigdy nie otrzymałem. Jednakże Kuria krakowska i jezuici z Krakowa robili wszystko, by zmusić mnie do zaprzestania posługi kapłańskiej, co praktycznie pozbawiłoby mnie możliwości szerzenia misji Rozalii.

Skazani na unicestwienie

Zaczęło się na początku roku 1999 od haniebnego ataku (zdjęcie 1, zdjęcie 2, zdjęcie 3, zdjęcie 4/1, zdjęcie 4/2) bpa Kazimierza Nycza na Fundację Serca Jezusa, co zarazem uderzało w proces Rozalii (pamiętajmy, że Fundacja była powodem w procesie) oraz miało na celu pozbawienie mnie jakiegokolwiek oparcia i możliwości działania. Metoda Kurii krakowskiej polegała na tym, by na pierwszym etapie działań w tej sprawie stworzyć pozory własnej bezstronności. Stąd nagle pojawiła się jakaś grupa osób świeckich, na interwencję której Kuria musiała zająć się sprawą Domu Rekolekcyjnego Fundacji.

Wyjaśnienia Fundacji na chwilę ostudziły niszczycielskie zapędy bpa K. Nycza – jak sądzę, będącego jedynie wykonawcą poleceń ks. kard. F. Macharskiego. Jednakże racje wyższe, domagające się zniszczenia Fundacji musiały wziąć górę nad zdrowym rozsądkiem, bo po pięciu miesiącach milczenia bp K. Nycz wydał niezwykle przewrotny komunikat. Z jednej strony rzucał on tyle niejasny, co głęboki oszczerczy cień na Fundację, a z drugiej strony izolował ją od kapłanów i wiernych pod płaszczykiem troski o dobro (a jakże) dzieci.

Drugi etap działań w tej sprawie polegał na tym, by komunikat dotarł do możliwie jak największej ilości ludzi. Opublikowano go w Biuletynie diecezjalnym, a następnie zadbano, by za pośrednictwem głównie ludzi świeckich dotarł on do najdalszych ośrodków i osób utrzymujących od lat łączność z Fundacją. Przypuszczam, że zasadniczy wpływ na te działania Kurii krakowskiej mieli jezuici, gdyż jeszcze w 2006 roku, po upływie 6 lat, o. Tadeusz Chromik rozsyłał nadal komunikat po całej Polsce osobom świeckim. Dla wyjaśnienia dodam, że komunikat „omijał” moją osobę, gdyż wtedy jeszcze formalnie należałem do Towarzystwa Jezusowego i nie było podstaw prawnych do bezpośredniego ataku na mnie, lecz pośrednio, ponieważ zamieszkałem w w/w Domu Fundacji, był przede wszystkim bezlitosnym ciosem we mnie. Przy okazji składam hołd osobom, które wtedy zarządzały Fundacją i prowadziły Dom Rekolekcyjny, bo cierpienie mi zadane z taką samą mocą spadło i na nie.

Oprócz ogromu poniesionych przeze mnie i przez Fundację upokorzeń ten atak nie przyniósł oczekiwanego skutku. Niemniej kampanię oszczerstw i pomówień, zarówno jezuici, jak i Kuria krakowska, kontynuowali w latach następnych. Nie ustawali w zniesławianiu mnie, udzielając fałszywych informacji, że zniszczyłem Apostolstwo Modlitwy, że porzuciłem kapłaństwo, że jestem suspendowany (przodował w tym kolejny jezuicki prowincjał o. Krzysztof Dyrek, rektor Bazyliki Serca Jezusa, o. Kazimierz Trojan, o. Tadeusz Loska i kilku innych jezuitów) lub że zostałem wyrzucony z zakonu i że nie mam prawa wykonywania święceń (przodowała w tym Kuria krakowska). Ponadto powyższe instytucje wbrew prawu i oczywistym faktom zniesławiały nadzorowane przez Fundację Serca Jezusa Biuro Postulacji S.B. Rozalii Celakówny twierdząc, że takowe nie istnieje, a jeśli działa, to nielegalnie. Z tego powodu zabroniono w Posłańcu Serca Jezusowego umieszczać adres Biura Postulacji, a wkrótce potem całkowicie usunięto z niego rubrykę poświęconą Rozalii.

Należałoby postawić pytanie, skąd u powyższych osób brał się ten zapał w niszczeniu Fundacji, Biura Postulacji i mnie? Według mego wieloletniego rozumienia całości wydarzeń odpowiedź jest jedna: to paniczny lęk i bunt wobec misji, która jest złączona z postacią Rozalii Celakówny, wyzwalały u nich tę skrajną determinację, którą można zrozumieć tylko w kontekście działań królestwa ciemności. Chodzi przecież o rzecz zasadniczą – jaki duch przejmie władzę nad światem!

Jak dalece Kuria krakowska podległa ks. kard. Franciszkowi Macharskiemu oraz jak dalece jezuici krakowscy sprzymierzyli się w zniszczeniu misji Rozalii, zmierzającej do poddania Polski pod władzę Jezusa Króla, świadczą takie działania, jak:

Stanowczy opór ze strony jezuitów i Kurii krakowskiej wobec projektu złożenia wotum – złotej korony – w Bazylice Serca Jezusa w Krakowie;

Nie dopuszczenie do wystawienia sarkofagu S.B. Rozalii Celakówny w Bazylice Serca Jezusa w Krakowie i do ekshumacji jej doczesnych szczątków z Cmentarza Rakowickiego, mimo poczynionych wszystkich wcześniejszych umów, uzgodnień prawnych i zezwoleń konserwatorskich. Ten akt wrogości powyższych władz wymaga odrębnego opracowania;

Systematyczne zwalczanie, oczernianie i pomawianie mojej osoby, zwłaszcza przez jezuitów. Jest to o tyle niezwykłe, że co roku paru jezuitów opuszcza zakon lub przebywa poza nim nielegalnie i nigdy się nie zdarzyło, by reszta jezuitów się nimi „interesowała” w ten sposób. Zatem powód tych prześladowczych działań musiał mieć jakieś ukryte tło – jak sądzę, wrogość wobec Jezusa Króla Polski;

·   Odmawianie przez 7 lat przez Metropolitę Krakowskiego podpisania gotowych dokumentów i zamknięcia procesu Rozalii na etapie diecezjalnym;

·   Bestialskie zniszczenie przez Kurię krakowską w roku 2001 zachowanego w dobrym stanie domu rodzinnego S.B. Rozalii Celakówny, tej najcenniejszej pamiątki – swoistej relikwii po niej – dla Kościoła powszechnego. Podstawowe informacje odnośnie do tej sprawy znajdziesz w dziale proces kanonizacyjny – dom rodzinny Rozalii, a całość czeka na bardziej szczegółowe opracowanie. Dodam tu tylko, że w tamtym czasie wydawało się, że zarówno mój los, jak i los Fundacji i Biura Postulacji jest już przesądzony i że wszyscy znikniemy razem z domem rodzinnym Rozalii po cichu i bez śladu, co ośmielało do podjęcia barbarzyńskiego działania. Stało się jednak inaczej.

Między tymi faktami, a faktem otwarcia procesu Rozalii przez ks. kard. Franciszka Macharskiego wydaje się, że zachodzi sprzeczność, bo przecież otwarcie procesu świadczy o czymś innym. Niestety tak wydawać się może jedynie osobom nie znającym okoliczności otwarcia procesu Rozalii. Wyjaśnienie tej pozornej sprzeczności jest proste: od śmierci Rozalii minęło 50 lat, a od starań wyniesienia jej na ołtarze podejmowanych przez ks. Dobrzyckiego ponad 20 lat. Gdy w 1996 roku podjąłem starania o otwarcie procesu, ks. Kardynał miał dość mgliste wyobrażenie o Rozalii, pamiętając tylko, że swe życie poświęciła wenerycznie chorym. Ani on, ani nikt z biskupów decydujących o otwarciu procesu, nie znał jej posłannictwa. Z kolei przy prezentowaniu przyszłej kandydatki na ołtarze Biskupom Polskim wymaga się tylko ukazania heroiczności jej cnót, wiary i życia. Dlatego o misji Rozalii przed otwarciem procesu nikt nie wspomniał. Gdy po otwarciu procesu ujawniła się jej misja, wywołało to ogromny niepokój w Kurii krakowskiej i chęć wycofania się z tej, dla nich błędnej, decyzji.

Działalność na rzecz Intronizacji


Od 2003 r. na wielką skalę zacząłem szerzyć w Polsce misję Rozalii – Intronizację Jezusa Króla Polski. Ukazała się moja książka Ostatnia walka o Bogu Królu w dziejach świata i o Jego przeciwniku Lucyferze. Książka zyskała bardzo przychylne opinie ks. prof. Czesława Bartnika oraz abpa Stanisława Wielgusa i cieszy się do dziś powodzeniem. Opracowaliśmy „Siedmiodniowe nabożeństwo intronizacyjne” oraz została wykonana i seryjnie powielana figurka Jezusa Króla Polski. To wszystko sprawiło, że dzieło Intronizacji Jezusa na Króla Polski zaczęło rozwijać się żywiołowo.

Początkowo największym zagrożeniem dla szerzonego przez nas posłannictwa Rozalii było wypaczanie jego istoty przez tzw. Wspólnoty dla Intronizacji Najświętszego Serca. One to w osobach swych liderów: p. Ewy Nosiadek, p. Stanisława Leniartka, o. Henryka Klimaja, o. Jana Mikruta często w sposób naiwny i fanatyczny zastępowały Intronizację Osoby Chrystusa Króla Intronizacją Jego Serca. W ten sposób postać Jezusa Króla przysłaniały Jego Sercem, w efekcie sadowiąc na tronie nie Osobę, a tylko jeden z Jej organów, choć godny największego uwielbienia, to jednak nie wyrażający majestatu, wszechwładzy i osobowej godności Boskiego Króla. By zobrazować dramat tej pomyłki, ucieknę się do obrazu zaślubin: Proszę sobie wyobrazić sytuację, że pan młody pragnie zawrzeć związek małżeński nie z osobą, lecz z sercem swej narzeczonej. Czy byłby możliwy taki związek małżeński? Tak samo niemożliwa jest Intronizacja Serca – postawienie Serca w miejsce Osoby Króla.

W trosce o czystość kultu Jezusa Króla, a także, by nie utożsamiano działalności Biura Postulacji z działaniami osób niekompetentnych, postanowiliśmy zwrócić się w tej kwestii do kard. Franciszka Macharskiego listem z dnia 04.09.2004 r. Ku naszemu zaskoczeniu zdarzyło się, że odpisał na list do niego skierowany:

Jednakże już następna próba porozumienia się w sprawie Intronizacji z księdzem Kardynałem okazała się być nieudana. Poprosiliśmy o udzielenie imprimatur na „Siedmiodniowe nabożeństwo intronizacyjne” i choć opinia cenzora była pozytywna, to jednak imprimatur nie dano argumentując, że książka zawiera nabożeństwo intronizacyjne wg pism Służebnicy Bożej Rozalii Celakówny w sytuacji, gdy nie został jeszcze zakończony proces beatyfikacyjny. Na tym skończyła się ta lekka odwilż i nastąpiła dalsza twarda walka o uznanie Jezusa Królem Polski.

Rozchodziły się materiały intronizacyjne i sprawa posłannictwa Rozalii stawała się coraz bardziej znana. Lecz równocześnie coraz więcej księży biskupów oraz księży o orientacji liberalnej lub wprost promasońskiej poczęło atakować dzieło Intronizacji Jezusa na Króla Polski. Najskuteczniejszym zaś sposobem jego zwalczania było zajadłe oczernianie mnie i współdziałających ze mną podmiotów. W tej walce z Jezusem Królem nadal przodowali jezuici i Kuria krakowska. Niektórzy jezuici jak na przykład: o. Stanisław Łucarz, o. Ryszard Machnik, o. Marek Wójtowicz pisali artykuły o tym, że Pan Jezus pragnie tylko korony cierniowej, że jest sługą pokornym człowieka i ani myśli nad nim panować. Po Polsce rozesłano misjonarzy, którzy pod kierunkiem o. S. Móla SJ podczas rekolekcji misji parafialnych „wylewali” kubły pomyj na mnie i na prowadzoną przeze mnie działalność intronizacyjną. Inni jezuici, jak na przykład o. Krzysztof Dyrek, o. Tadeusz Chromik, o. Tadeusz Loska, swymi informacjami zasiewali nieufność wobec misji Rozalii i mojej osoby, a poszukujących prawdy lub sensacji odsyłali do Kurii krakowskiej. Ta z kolei potwierdzała wcześniejsze dezinformacje dotyczące mnie i Biura Postulacji.

Ze smutkiem obserwowałem, jak złote ziarno prawdy o królowaniu Jezusa nad naszym Narodem, posiane nieraz w najdalszych częściach Polski, było szybko odnajdywane przez kruki ciemności i niszczone. Ludzie zapalali się do Intronizacji Jezusa na Króla Polski, ale zmrożeni informacjami o „Szczyglicach”, płynącymi z najbardziej autorytatywnych źródeł często zamieniali swój zapał do Intronizacji na żądzę zniszczenia mego imienia i wszystkiego tego, co z nim się łączyło – przede wszystkim moich publikacji o Jezusie Królu Polski. Eskalacja działań zniesławiających mnie była tak wielka, że postanowiłem szukać obrony u Episkopatu Polski. Do prawie wszystkich biskupów wysłałem list z prośbą o pomoc, dołączając do niego dokumenty obrazujące moją sytuację oraz metody niszczenia mnie. Jednakże pasterze byli zbyt zajęci swoimi sprawami, by zawracać sobie głowę tym małym epizodem w życiu Kościoła w Polsce. Owszem z Sekretariatu Episkopatu Polski otrzymałem odpowiedź, w której zawarte są słowa współczucia, ale która do sprawy nic nie wniosła.

Objawiona nienawiść do Jezusa Króla Polski

Zmiana na stanowisku metropolity krakowskiego budziła we mnie nadzieję. Nowy Arcybiskup Krakowa, okryty sławą po zmarłym Janie Pawle II, zasiadając na swym tronie w Katedrze wawelskiej może uzna prawa Pana Jezusa do korony Polski? Początki nowych rządów metropolią krakowską były dość obiecujące. Przede wszystkim nastąpiła wymiana urzędników na najważniejszych stanowiskach w Kurii, a ksiądz Kardynał czynił wrażenie człowieka otwartego i życzliwego.

Poczynając od 2005 roku, udawały się do księdza kard. Stanisława Dziwisza delegacje w mojej sprawie i w sprawie zamknięcia procesu. W czasie tych spotkań nigdy nie padły z jego strony nieżyczliwe słowa, lecz tematu też nigdy nie podjął, ograniczając się do grzecznościowych gestów. Odczekawszy nieco aż po ingresie przeminie pierwszy natłok wydarzeń, udałem się 5.11.2005 r. do ks. abpa Stanisława Dziwisza na rozmowę, by przedstawić mu prośbę o kanoniczne uregulowanie mej sytuacji. Prośbę tę przedstawiłem również na piśmie, do którego dołączyłem szereg dokumentów obrazujących moje dotychczasowe starania i źródło dotychczasowych moich trudności. Otrzymałem ustne zapewnienie od ks. abpa S. Dziwisza, że odpowiedź w mej sprawie dostanę na piśmie. Gdy czas oczekiwania na nią przedłużał się, rozpocząłem starania o powtórne z nim spotkanie. Ks. Sekretarz indagowany dwukrotnie przeze mnie w lutym i w kwietniu 2006 roku za każdym razem polecał mi nadal czekać.

Jednakże czas mierzony wydarzeniami intronizacyjnymi biegł o wiele szybciej i nie pozwalał mi na bezczynność. Angażując się w te wydarzenia, coraz bardziej narażałem się środowiskom wrogim Jezusowi Królowi Polski. Na przełomie kwietnia i maja 2006 roku odbyła się „burzliwa” dziewięciodniowa adoracja w Katedrze wawelskiej, uwieńczona Aktem intronizacyjnym Jezusa Króla Polski. Mnożyły się pielgrzymki intronizacyjne i różne akcje promujące Intronizację. Coraz częściej zapraszano mnie do różnych ośrodków w Polsce z prelekcjami na temat Intronizacji Jezusa Króla Polski, w tym dwukrotnie do Warszawy na spotkanie z parlamentarzystami. Podczas tych spotkań przekazywałem Boże wezwanie do uznania Pana Jezusa Królem Polski, co według objawień udzielonych Rozalii ma być warunkiem ocalenia naszego narodowego bytu. Po tych spotkaniach docierały do mnie różne odgłosy, bądź przychylności, bądź wrogości. Zdawałem sobie sprawę, że narastająca w Polsce fala żądań Intronizacji Jezusa na Króla Polski zmusza poszczególne osoby i całe środowiska, nie wyłączając ludzi Kościoła, do opowiedzenia się po którejś ze stron. Niestety z Kurii krakowskiej zaczęła sączyć się w mym kierunku narastająca wrogość. Na domiar złego okazało się, że najbliższy przyjaciel o. A. Żaka, który teraz piastuje w Rzymie jedno z najwyższych stanowisk w Towarzystwie Jezusowym, człowiek najbardziej wpływowy z krakowskich jezuitów, o. Bogusław Steczek, był mocno związany poprzez Rzym z obecnym Metropolitą, co nic dobrego nie wróżyło moim staraniom.

Ponadto kwestia Intronizacji pod koniec roku 2006 osiągnęła w Polsce stan wrzenia, gdy media ujawniły treść projektu poselskiej uchwały o nadanie Panu Jezusowi tytułu: Jezus Król Polski. Siły wrogie tej inicjatywie, odrzucające Jezusa Króla Polski, obecne także pośród hierarchii przystąpiły wprost do furialnego ataku na propagatorów i zwolenników Intronizacji. Zdawałem sobie sprawę, że siłą rzeczy znajdę się w samym centrum zmagań i represji, ale nie przypuszczałem, że okażą się one tak brutalne.

Dotychczas architekci obrony Polski przed Jezusem Królem pośród kościelnej hierarchii starali się ukryć swą postawę przed Narodem albo milcząc, albo udzielając wymijających odpowiedzi. Jednakże zostali zmuszeni do ujawnienia swych przekonań, gdy posłowie projektodawcy uchwały, nadającej Panu Jezusowi tytuł: Jezus Król Polski, zwrócili się z pisemną prośbą do Episkopatu o zajęcie w tej sprawie stanowiska. Ani przyzwolenie, ani zakaz bądź ze względów politycznych, bądź ze względów religijnych, nie wchodziły w grę. Zdecydowano się na trzecią możliwość, będącą klasycznym półśrodkiem: postanowiono zamknąć proces Rozalii na terenie Archidiecezji krakowskiej, jednocześnie zobowiązując posłów do zaniechania działań w sprawie powyższej uchwały. Pozwoliło im to na zachowanie twarzy, a jednocześnie, przynajmniej chwilowo, oddalić widmo uznania Jezusa Królem Polski. Prawdopodobnie w tych rachubach zamkniecie procesu było z dwojga złego mniejszym złem, gdyż w Rzymie dalszy proces Rozalii można zagrzebać na wiele, wiele lat. Tak więc od siedmiu lat zablokowany proces z racji – jak sadzę – politycznych, a nie religijnych ruszył z miejsca, ale bez oznak przychylności ze strony ks. kard. S. Dziwisza, co potwierdziły potem wszystkie okoliczności związane z zamknięciem procesu S.B. Rozalii Celakówny.

Egzekutorzy w akcji

Pierwszą ciemną chmurą zapowiadającą burzę był list Kanclerza Kurii, ks. Piotra Majera, do prof. A. Flagi, napisany w imieniu Kardynała na dwa tygodnie przed zamknięciem procesu. W liście tym ks. Kanclerz „ni w pięć ni w dziewięć” kwestionował moją osobę, stwierdzał że Biuro Postulacji S.B. Rozalii działa w Szczyglicach nielegalnie, a także przypisywał środowiskom patriotyczno-narodowym, upominającym się o wyniesienie Rozalii na ołtarze oraz o Intronizację Jezusa na Króla Polski, motywy polityczne. Te trzy oskarżenia miotane przez Kurię krakowską niczym pociski miały zniszczyć naszą satysfakcję i przyszłe korzyści dla Intronizacji Jezusa Króla, płynące z faktu zamknięcia procesu Rozalii. Oczywiście na list skierowany do Ks. Kardynała (zdjęcie 1, zdjęcie 2/1, zdjęcie 2/2, zdjęcie 3/1, zdjęcie 3/2), będący mimo wszystko próbą wyjaśnienia tych pomówień, pan prof. A. Flaga nie otrzymał odpowiedzi. W miarę jak zbliżał się termin zamknięcia procesu, gęstniała atmosfera sekretu i niepewności, co wydarzy się podczas jego zamknięcia. Wytworzyła się sytuacja bardzo niezręczna, bo z jednej strony Kuria traktowała Fundację i Postulację jak intruzów, a z drugiej strony, by proces był ważnie zamknięty musiała uznać ich umocowanie kanoniczne w procesie.

Nadszedł 17 kwietnia 2007 r., dzień zamknięcia procesu. Ponieważ sesja końcowa procesu została utajniona, na „salę obrad” przybyły osoby mające z urzędu obowiązek lub prawo do wzięcia udziału w jej przebiegu. Dlatego dla przedstawicieli Fundacji Serca Jezusa oraz Biura Postulacji zaskoczeniem było, że oprócz Członków Trybunału, na sesję przybyło kilku zaproszonych jezuitów. Spotkały się zatem połączone siły Kurii krakowskiej z jezuitami, by przeprowadzić zamknięcie procesu S.B. Rozalii Celakówny. Gdy wszystkim urzędowym formalnościom stało się zadość i gdy akta zamykające proces zostały opatrzone podpisami i pieczęciami, szybko wyjaśniła się tajemnicza obecność jezuitów. To właśnie im ksiądz Kardynał zlecił troskę o dalsze prowadzenie procesu Rozalii oraz dbałość – jak to sam nazwał – o czystość jej posłannictwa! Przy okazji chciałbym zapoznać Państwa z bardzo ciekawym dokumentem z 1996 roku świadczącym o zadziwiającej metamorfozie podejścia jezuitów do sprawy procesu Rozalii.

Osoby reprezentujące Fundację i Biuro Postulacji wyszły z sesji końcowej procesu Rozalii pokonane, z poczuciem wielkiej krzywdy. Jednakże oścień nienawiści nie przeciw nim był wymierzony. W dwa dni potem „pluton egzekucyjny” został uzbrojony w niepodpisaną Informację na temat działalności ks. Tadeusza Kiersztyna i jakby pazernemu złu tego było mało, w drugiej części Informacji zamieszczono (jedyną zresztą) oficjalną wiadomość o zamknięciu procesu Rozalii. Postąpiono tak w tym celu, by błoto, którym mnie obrzucano, skapywało na Rózię, na jej proces i misję – zaprawdę diabelski pomysł, by zniechęcić ludzi do ogłoszenia Pana Jezusa Królem Polski:

Treść tej informacji, bez uprzedniej rozmowy ze mną, bez powiadomienia mnie o niej i bez możliwości ustosunkowania się do stawianych mi zarzutów, jest przemyślaną próbą dokonania moralnego mordu na mojej osobie przez kurialny „pluton egzekucyjny”.

Powyższą informację Kuria krakowska udostępniła bezzwłocznie zorganizowanej przez p. Annę Krzyk grupie osób świeckich, by mogły ją upowszechnić z odpowiednim komentarzem we wszystkich środowiskach, z którymi do tej pory współpracowałem lub które mnie znały i ceniły. Od tych osób droga okrężną dowiedziałem się o rozsyłanej po Polsce informacji i o wyjątkowo perfidnym załączniku, który z ofiary czyni winowajcę, a z oprawcy dobrodzieja. Posłużono się zatem tą samą metodą, którą Kuria wcześniej przetestowała w zwalczaniu Fundacji, udoskonalając ją o tyle, że pod Informacją nie było już podpisu, by ewentualna odpowiedzialność za nią spadła na wielu, a zatem na nikogo!

 Oto treść załącznika do Informacji przekazywanego głównie drogą elektroniczną:       Gdyby ten tekst pisał sam diabeł, to mógłby być z niego dumny, gdyż nie zawiera on ani jednego prawdziwego stwierdzenia, oprócz informacji o możliwości zakupu zdjęć.

Znajomy ksiądz mnie ostrzegał, że według Marii Valtorty w czasach ostatecznych na dziesięć osób siedem będzie Judaszami. Ponieważ trzon tej grupy utworzonej przez p. Annę Krzyk stanowią osoby, które przez dłuższy okres czasu podawały się za moich przyjaciół, w pewnym momencie przejętych przez jezuitów, potwierdza się moje przypuszczenie, że Ostatnia walka już nastała.

Uderzenie to jakoś przeżyłem. Nie pozostało mi zatem nic innego, jak odnieść się do informacji oficjalnym listem napisanym w dniu 3 maja 2007 r. (zdjęcie 1, zdjęcie 2):

Na powyższy list odpowiedzi nie otrzymałem. W naszych czasach powstał zwyczaj, że do terrorysty faktycznego, czy urojonego strzela się bez uprzedzenia, a z postrzelonym się nie rozmawia, lecz szuka się sposobności, aby go dobić. Ponieważ w walce ze mną komando świeckie okazało się za mało skuteczne i za mało przebiegłe, znów padł rozkaz użycia w walce ze mną „broni” cięższego kalibru. Informację na temat mojej rzekomej działalności wydrukowało w nr 22/2007 Źródło – tygodnik rodzin katolickich, szczycący się tym, że broni życia od poczęcia do naturalnej śmierci.

Niezwłocznie do akcji przystąpili także jezuici, propagując po Mszach św. w Bazylice Serca Jezusa i na czuwaniach nocnych Informację. „Zadbali” także o czystość misji Rozalii, głosząc wiernym konieczność przeprowadzenia Intronizacji Serca Jezusa zamiast Intronizacji Jezusa Króla.

Jak tu się bronić, gdy wilki zewsząd atakują? Napisałem list z prośbą o pomoc do wszystkich Kardynałów, Arcybiskupów i Biskupów Polskich, dołączając Informację i moją na nią odpowiedź. Odpisali mi tylko trzej hierarchowie (zdjęcie 1, zdjęcie 2, zdjęcie 3).

Napisałem także w sprawie wydrukowanego w Źródle paszkwilu list na ręce Redaktora naczelnego dr inż. Adama Kisiela – czekam na odpowiedź.

 Z pomocą przyszły mi organizacje narodowo-patriotyczne od dawna walczące o uznanie Pana Jezusa Królem Polski. Organizacje te wysłały piękny list do Kongregacji w Rzymie (zdjęcie 1, zdjęcie 2, zdjęcie 3) oraz wykazały moje zasługi w liście skierowanym do kard. S. Dziwisza (zdjęcie 1, zdjęcie 2, zdjęcie 3), później wydrukowanym w Źródle nr 20/2007. ponadto z pomocą modlitewną przyszło mi wiele osób i organizacji z Polski i z zagranicy. Wszystkim tym organizacjom i osobom serdecznie dziękuję za podtrzymanie w mych rękach sztandaru Jezusa Króla Polski. Natomiast do Jego przeciwników apeluję w imię Boga: Opamiętajcie się!

ks. Tadeusz Kiersztyn

Szczyglice, dnia 9 czerwca 2007 r.

__________________________________________________________

Zobacz także:

Alberto.pl

Pożegnanie ks. Kiersztyna bez koncelebry – Niezależna