Bóg Kabały

Świat już nie funkcjonuje w ten sposób. Jesteśmy imperium i kiedy działamy, tworzymy naszą własną rzeczywistość. Działamy bez przerwy, ciągle tworząc nowe rzeczywistości, które wy możecie badać.  Jesteśmy aktorami na scenie świata… a wy, wy  wszyscy będziecie tylko od tego by patrzeć na to co robimy.” – Anonim z Waszyngtonu

 

Henry Makow, tłumaczenie: Radtrap

„Dla kabalisty Bóg jest nieskończonym Morzem Istnienia (En Sof) bez granic, bez jakości, bez pragnień i życzeń, bez woli. Jest totalnie niezrozumiały.” Jacob Agus, The Meaning of Jewish History (1963) strona 286

Dlaczego powinien obchodzić nas „Bóg Kabały?”

Kabała jest tajemną „religią” współczesnego świata, okultystyczną demencją bankierów, rodów Illuminati i ich sługusów w masonerii. Jak już zauważyłeś ich Bóg, Bóg z Kabały nie ma żadnych podobieństw do prawdziwego Boga.

Bóg nie ma jakości? Nie ma woli i  życzeń? Totalnie niezrozumiały? To wymysł doktryny satanistycznej. Każdy z choćby niewielką znajomością Boga wie że jest inaczej.

Bóg jest prawy. Gdzie zaczyna się nasze człowieczeństwo? To nasza dusza i świadomośc, nasze połączenie z Bogiem! Pragnienie Boga jest tym co definiuje nas jako ludzi.

Bóg jest jedyną rzeczywistością. Składa się z duchowym ideałów, absolutu, jest to wymiar duchowy niezależny od nas. Tymi ideałami są prawda, boskość, harmonia, sprawiedliwośc, pokój, miłość i piękno. Kiedy jesteśmy połączeni z Bogiem te ideały wydają się dla nas oczywiste. Dostrajamy się do tych sygnałów jak radio.

Bóg nie ma woli? Jego wolą jest to że realizujemy jego ideały. Bóg życzy sobie poznania siebie poprzez to co stworzył. Jego dzieło musi poznać  Boga.

Nie możemy czuć się dobrze jeśli nie jesteśmy dobrzy. To jest kosmiczna sztuka, przedstawienie w którym uczestniczymy wszyscy.

Totalnie niezrozumiały? Chcieliby. Podstawą prawdziwej religii jest to że znamy Boga i przestrzegamy jego reguł. Musimy zmienić siebie aby Go poznać. Bóg jest naszym kompasem i szczęściem którego szukamy.

Fałszywi bogowie

Kabaliści są satanistami. To bardzo proste. Kosztowało ich dużo pracy by wygnać Boga i udawać że jest on antropomorficzny. Stworzyli kukłę którą mogą bez problemu zdyskredytować. Chcą Go wyprzeć i zmusić nas do czczenia ich boga, Lucyfera, który reprezentuje ich rebelię przeciwko Stwórcy i naturalnemu porządkowi.

Sekularny humanizm, deifikacja człowieka, jest tak naprawdę deifikacją kabalistów.

Oni określają obecną rzeczywistośc. Żyjemy w świecie stworzonym przez kabałę: wojna, seks, pieniądze. Kontrolując media i system edukacji stworzyli matrix. Jesteśmy ich umysłowymi i duchowymi zakładnikami.

„Udało nam się posiąść umysły społeczności gojów… widzą wszystko poza spektaklem który odgrywamy tuż pod ich nosami.” (Protokoły Mędrców Syjonu, 12)

Paradoks

Można sobie pomyśleć że poprzez ubóstwienie człowieka możemy go znobilitować. Paradoksalnie jest na odwrót. Poprzez deifikację eliminujemy nasze więzi z Bogiem.

Robiąc to degradujemy się do poziomu zwierzęcia, nasza dusza i duchowe dążenia są odrzucane. Bóg jest tym co czyni nas ludzmi, bez połaczenia z Nim (bez duchowych ideałów) jesteśmy tylko zwierzęciem.

„Modernizm” to oszustwo, niemożliwa próba określania rzeczywistości bez odwołania się do Stwórcy. Współczesny człowiek, modernistyczny człowiek obiera sobie drogę ze ślepą uliczką. Patrzy tylko na swój pępek szukając Boga tam gdzie go nie ma.

Współczesny człowiek ma obsesję na punkcie ciekawostek, naturalizmu, myśli że wszystko co ludzkie jest uduchowione i głębokie. Nieprawda.

Bez więzi z Bogiem jesteśmy tylko bydłem. W ten sposób postrzegają nas kabaliści Illuminati. Jesteśmy gojami, jesteśmy ich trzodą chlewną.

Bóg jest prawy.

Kabaliści nienawidzą Go i nas, gdyż przechowujemy Go w naszej duszy.

Nie uda nam się zrobić z tym nic, dopóki nie uświadomimy sobie że nasz współczesny świat i kluczowe w nim pozycje są zinfiltrowane i obsadzone przez illuminatów/satanistów.

 

9 comments on “Bóg Kabały

  1. Znam uczynki twoje; oto sprawiłem, że przed tobą otwarte drzwi, których nikt nie może zamknąć; bo choć niewielką masz moc, jednak zachowałeś moje Słowo i nie zaparłeś się mojego imienia. Oto sprawię, że ci z synagogi szatana, którzy podają się za Żydów, a nimi nie są, lecz kłamią, oto sprawię, że będą musieli przyjść i pokłonić się tobie do nóg, poznają, że Ja ciebie umiłowałem.

    A było to tak
    Niedziela jedenastego stycznia zmieniła moje spojrzenie na świat i utwierdziła mnie w przekonaniu że wszystkie królestwa świata są w mocy złego tak jak to zostało zapisane.

    Wówczas wyprowadził Go w górę, pokazał Mu w jednej chwili wszystkie królestwa świata 6 i rzekł diabeł do Niego: «Tobie dam potęgę i wspaniałość tego wszystkiego, bo mnie są poddane i mogę je odstąpić, komu chcę. 7 Jeśli więc upadniesz i oddasz mi pokłon, wszystko będzie Twoje».

    Poszedłem do Kucego w piątek dziewiątego stycznia 2009 Zaprosił mnie kilka dni wcześniej gdy odwiedziłem skłot Robsona. Był tam wraz z kilkoma innymi znajomymi którym opowiadałem co zaszło kilka tygodni wcześniej. Wracaliśmy razem do domu ja na Szkolną on do siebie na Lomanstraat i wtedy pierwszy raz odrzuciłem Boga. Nie zabrałem ze sobą z ulicy choć mogłem to zrobić bezdomnej starszej kobiety która podeszła do nas i prosiła o dach nad głową na noc która właśnie się zaczynała. Podałem jej swój adres ale nie o to chodziło rzecz była w tym że należało ją zabrać ze sobą i dać jej schronienie. Odeszła od nas i kilka metrów dalej zaczepiła następnego z przechodniów prosząc o to samo. Nigdy nie wiesz kiedy spotkasz anioła a dziś jestem pewien że był to właśnie anioł. Anioł ten nie chciał z woli Boga bym szedł dalej z Kucym i był dalej prowadzonym przez niego. Kucy jednak ma swojego mocodawce którym jest sam Elke Pan Każdy bo to do niego udał się zaraz po tym kiedy się rozstaliśmy na Overtoom przy Szkolnej. Poszedł do swojego pryncypała po instrukcję i zapewne otrzymał je. Wcześniej przyjąłem jego zaproszenie bardzo nalegał bym go odwiedził było to w środę lub wtorek drugiego tygodnia stycznia . Według prawa niepisanego skłoterskiego kodeksu mogłem zawsze szukać schronienia w domu który otwierałem jako włamywacz a dom Kucego był przed ostatnim który otworzyłem w Amsterdamie i było to tego samego dnia kiedy Tomek dostal w twarz moim gównem i Synagoga zaczęła przeciwko mnie grę na dobre a może na złe . Stałem kilka minut przed kamienicą w której Kucy zajmował dwie najwyższe kondygnacje był mroźny wieczór dziewiątego stycznia nie mogłem się dobić nikt nie otwierał i po kilku minutach zawróciłem w stronę domu. Uszedłem może pół kilometra i spotkałem Robsona idącego jedną z głównych alei Vondela . Dziwnym zbiegiem okoliczności szedł on do Kucego właśnie by odebrać swego syna Jaśka który był chyba u matki mieszkającej na strychu ponad mieszkaniem Kucego. Zawróciłem z nim ciekawy cóż też się wydarzy i jakie predyspozycje w mojej sprawie otrzymał Kucy od Elke. Robson skecił sobie papierosa ja przez chwilę prowadziłem jego rower i tak sobie kroczyliśmy obsypanym szronem parkiem a zachodnie niebo zdobił piękny Syriusz psia gwiazda. Tak doszliśmy rozmawiając nie pamiętam już o czym pod drzwi które otworzyły się przed nami po krótkim telefonie Robsona. Kucego nie było w mieszkaniu był tam nasz wspólny znajomy Urban który siedział przy kompie i wysyłał jakieś informacje mailem i poprzez komunikatory. Kucy zjawił się po kilku minutach szybko wbiegł po schodach na ostanie piętro. Przywitał się i rzucił żarcik by rozładować jakoś napięcie bredził coś w temacie skłotowania powtórnego jego chaty. Puściłem to mimo uszu byliśmy znów w mieszkaniu Robson zniknął na strychu wrócił po paru minutach z Jaśkiem pożegnał się i opuścił nas. Kucy pokazal mi swoje plant kochał je jak dzieci bawił się ich uprawą mnie już to nie bawiło byłem teraz po drugiej stronie barykady wywaliłem siedemdziesiat plantów Dagmarze i było mi z tym cholernie dobrze. Kucy wspomniał coś o Jamrym i Tomku że oni ciągle są w mieście powiedziałem mu i co z tego zmienił temat Przez kilka minut rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym piłem kawę z super brudnego kubka. Po tej rozmowie bardziej jednak o wszystkim której nie chce mi się pamiętać Kucy przeszedł w końcu do rzeczy. Bawiłem się jego starą szablą zabrał mi ją jakby obawiał się że mogę zrobić sobie lub jeszcze komuś krzywdę. Po czym przeszedł do sedna. Wskazał mi obraz na jednej ze ścian. Reprodukcja mistrza Vincenta przedstawiająca jedną z kamienic na Leidse plain przylepiona do ściany plastrem opatrunkowym czekała na mnie . Nie powiedział mi gdzie to jest rzekł tylko idź tam ale uważaj bo to jest Mefisto. Uśmiechnąłem się pod nosem nie bałem się tej konfrontacji. Wizyta była skończona karty leżały na stole stare tango tango Mefisto popłynęło z głośników komputera. Nie gadaliśmy już więcej pożegnałem się i ruszyłem w stronę domu. Zajęło mi dwa dni nim poszedłem pod wskazany adres nic się nie działo miasto było jednak jakieś dziwne ludzie stali się obcy nie było widać w nich iskry radości Bożej raczej sprawiali wrażenie opuszczonych przez ducha maszyn. Zmrożony zaklęty zimą Vondelpark tonął w szarości kontury drzew rzucały upiorne cienie pisane światłem przydrożnych lamp. Ocieplenie przyszło niespodziewanie duszny oceaniczny wiatr szumiał delikatnie śpiewając swe pieśni pośród bezlistnych koron drzew i krzewów. Był wieczór jedenastego stycznia 2009 łyżwiarze zniknęli z sadzawek parku przegnani tchnieniem oceanu a ja szedłem by sprawdzić czy to co mówił Kucy jest choć w jednym procencie prawdą. Elke to on pociągał za sznurki byłem jego marionetką. Park ustąpił miejsca ulicą miasta do Leidse plain miałem juk kilka kroków Stałem przed placykiem którego środek zajmowało sztuczne lodowisko i widziałem już budynek z obrazu przycupnięty na rogu Leidse i Korte Leidsedwaesstraat teatr. Zatrzymałem się i kilka chwil zastanawiałem się czy to co się dzieje jest prawdą nie było jednak nikogo kto by mnie uszczypnął we śnie który śniłem . Teatr Leidse plain Theater był przede mną a ja przed nim zrobiłem pierwszy krok w jego stronę i drogę zajechały mi w tym momencie dwa tramwaje jak znak od Boga by tam nie iść poczekałem aż zwaliste cielska niebiesko białych czerwi ruszą na nowo swymi żelaznymi szlifowanymi po nocach drogami. Zapaliłem papierosa i obszedłem placyk dookoła. Jakiś popowy szlagier rozbrzmiewał z głośników rozmieszczonych wokół ślizgawki Jego rytm wyznaczał ślady rys na lodzie pozostawiane przez ostre krawędzie łyżew ludzi głównie dzieci bawiących się zimowymi sportami. Stałem chwilę przed wejściem ludzi na placu było nie wielu garstka. Papieros kończył się a z nim odchodził świat który znałem świat beztroski błogosławiony i Boski . Pogadać z diabłem to ciekawa sprawa kiedy się wie że to największy przegrany całego wszechświata. Bar nie było w nim ni jednego klienta tylko obsługa. Młodzież smagły brunet około metra siedemdziesięciu wzrostu i niższa od niego o pół głowy zgrabna czarnula. Zamówiłem filiżankę kawy barman rozruszał ekspres zapach arabiki wypełnił przestrzeń zmieszał się z ciszą i uśmiechami jakie wymieniali między sobą chłopak i dziewczyna. Dobre pięć minut trwał ten festiwal anioła który towarzyszył nam unosząc się ponad solidnym blatem baru festiwal milczenia. Kawa była dobra za dobra czarna jak noc która nadchodziła i słodka jak usta dziewczyny o poranku. Anioł tańczył a wraz z nim tańczył Szatan błazen królestwa niebieskiego. A moja dusza czekała na to co się stanie kto porwie mnie do tańca. Wiedziałem a teraz jestem tego pewien że Szatan może tylko tyle na ile pozwoli mu Bóg a nuda nieba jako miejsca wszelkiej szczęśliwości jest stanem tej świadomości. Zrodzeni z prochu ziemi tchnieniem miłości tworzącej nasze serca trwamy my wojownicy światła przy prawdzie i sprawiedliwości i każde odstępstwo od tej drogi prowadzi nas nieubłaganie w ręce zła. Zło chce nas zniszczyć wystawiając nam rachunek za to że swym życiem niszczymy je chadzając prostymi ścieżkami. Chłopak przerwał ciszę i przepiękną polszczyzną zwrócił się ni to do mnie ni to do swej koleżanki. To nasz piąty klient dzisiaj. Powiedział tylko tyle a ja się uśmiechnąłem pod nosem. Piąty który idzie przed szóstym czyli ósmy zabawa się rozkręcała teraz nadszedł czas przedstawienia mi propozycji i tu brylowała już mała barmaneczka. Trzeba zmienić ciuchy dziewczynę i miasto na Londyn. Odnieśli chyba wrażenie że im wierze i dam się skusić takie przeświadczenie trzymało ich chyba przez kawałek czasu kiedy już opuściłem bar. W końcu mała przeszła samą siebie i podała świadomie lub nieświadomie cenę za jaką miały dostać mi się te obiecywane przez nich ochoczo apanaże. Nie lubię Polski wypłynęło jak soczysty paw z jej ust sama chyba nie wiedziała co mówi. Zdrada ojczyzny jak mogłem zdradzić coś co doprowadziło mnie aż tutaj. Sprzedał bym wszystkie duchy które zebrałem ze sobą w marszu wokół miasta a to one przekuły w pieśni rejteradę w triumf. Skoro byłem dla nich tym piątym to czego się spodziewali po mnie że naprawdę uwierzę w jakiekolwiek ich słowo. Wypiłem kawę i nic nie mówiąc położyłem na ciemnym balacie baru krótkie kompendium brytyjskich dynastii królewskich zabrane wcześniej ze Szkolnej znalezione dzień wcześniej na półce z książkami. Zostawiam dla szefa powiedziałem chłopak wziął do ręki książkę i przyjrzał się jej ja byłem już przy drzwiach otworzyłem je i chwilę stałem w progu czekałem aż chłopak spojrzy na mnie Gdy to zrobił powiedziałem mu przekażcie szefowi tylko to Pierwsi będą ostatnimi a ostatni pierwszymi Pierwszym krolem na okładce był Edward VII a ostatnim zamykającym almanach był Karol I jedyny ścięty król Anglii. Wymieniliśmy uśmiechy i tak pozostawiłem za sobą bar teatru delikatnie zamykając drzwi . Stałem znów na placu Leidse odszedłem kilka kroków obróciłem się i przeczytałem repertuar pamiętam do dziś tylko pierwszą i ostatnią z czterech wystawianych w tej tancbudzie sztuk. Środek mnie nie interesował środek był jak consensus którego nie było i nigdy już nie będzie. Ostatni opuszcza ziemię gasimy światło taki był pierwszy tytuł zawieszony najwyżej niżej były te dwa które były nie ważne a ostatnim tytułem było Bay Bay mister Bush .Nie wiedziałem co o tym wszystkim myśleć szedłem tak a ciepły wiatr omiatał mnie tchnieniem oceanu. Darowałem sobie spacer pośród upiorów nagich drzew Vondela szedłem Overtoomem wybrałem prostą drogę do domu. I kiedy już byłem za OT 301 od strony Szkolnej nadjechał z naprzeciwka czarny Jeep Cherokee z końca lat osiemdziesiątych początku dziewięćdziesiątych . Jego kierowca dobrze zbudowany brunet o Hiszpańskiej urodzie podniósł w moim kierunku dłoń i ukształtował ją w rogate pozdrowienie mano cornuto. Nie podniosłem swej dłoni i nie odwzajemniłem gestu. Teraz byłem tylko jeszcze bardziej pewien że za wszystkim stoi Elke Pan każdy jeśli nie Szatan to jego wierny sługa jeep nadjechał od stony gdzie mieszkał Elke . Nie wiem co im się uroiło po mojej wizycie w teatrze ale chyba odnieśli błędne przekonanie że uległem ich propozycji zdrady. Księżyc był już wysoko na niebie kiedy zajrzałem na chwilę na osiemnastkę przy szkolnej. Na pierwszym piętrze siedzieli Boby Łysolek od satanistów i chyba Piotrek z Gdańska . Stanąłem za kuchennym blatem i zacząłem opowiadać o tym co przed kilkoma chwilami zaszło. Im moja opowieść stawała się dokładniejsza tym bardziej na twarzach moich słuchaczy rysował się dziwny grymas obrzydzenia do mnie i złości że tak łatwo można opowiadać o tak wielkich tajemnicach które mają wpływ na całe przyszłe życie . Tak naprawdę liczyła się tylko mina jaka przybierał Łysolek A opowieść kończyło zdanie że wszystko jest dziś tak piękne i jest pełnia co dorzucił Bobik i wszystkie marzenia się spełniają . Ale wiecie co nie ma takiego Diabła co by szedł przed Bogiem. Teraz już wiedzieli że nie poszedłem na zaproponowany mi w dziwny sposób układ. Nie można wierzyć ludzią którzy początkowo chca cię zniszczyć wsadzić z a kraty a tam być może wykończyć a gdy nie mogą tego zrobić próbują cię
    kupić za garść obietnic bez żadnego pokrycia. Łysy jednak nalegał bym się dobrze zastanowił i przyjął propozycję porozmawialiśmy trochę. Powiedziałem mu że to co się teraz stanie to będzie Grunwald Bóg bierze bowiem na nowo pola a im zostaje zamek w którym mogą już tylko czekać na Jego sąd. Zaczęło się to wszystko przecież od Bogurodzicy puszczonej w Patapoe Free Radio o siedemnastej niespełna dwa miesiące wcześniej podczas jednej z piątkowych audycji Jarzyna. Być gotowym na śmierć w każdej chwili to prawdziwa sztuka życia a jeszcze większym poziomem świadomości jest cieszyć się swą śmiercią. Żyjemy po to by umrzeć dla Chrystusa to jedyny sens życia. Cała cywilizacja zachodnia zatraciła ducha prawdy i oddała się świadomie lub nieświadomie we władanie Synagogi Szatana. Puste świątynie Boga jak zawalone głazem groby wypełniają martwą przestrzeń krajów Europy zachodniej. Sprzedawane na mieszkania w których najdroższe lokale znajdują przy ich zakupie nad prezbiterium faforyzuje się przy ich zakupie pary homoseksualne tak by profanacja przybrała największe nasilenie poprzez sodomie. Taka Europa toczy się w kierunku ostatecznego upadku. Czas dopełnia się i może to jeszcze sto może tysiąc lat a może jutro a może już dziś. Dzień sądu nadejdzie przyjdzie jak złodziej który kiedy ci się wydaje że pilnujesz jego tak naprawdę on pilnuje ciebie.

      • Książka takie prawie trzy lata w Amsterdamie to końcówka nie mogłem tam zostać po tym co było mi dane zobaczyć i jak wielkie Synagoga Szatana ma tam wpływy A ich wpływy sięgają aż Polski niestety Także nie mam tu lekkiego życia A wcześniejsze wydarzenia wyglądały tak
        Ciesze że ktoś czyta i się mu podoba

        Czas działał na moją korzyść a wróg nie mógł się do mnie zbliżyć już bardziej niż jak to uczynił przy zakupie auta. Tak wtedy myślałem . Teraz wystarczyło poczekać i z każdym dniem stać się silniejszym czerpiąc moc ze źródła jakim stała się modlitwa. Wiara w Boga coś co przerasta większość zlaicyzowanego społeczeństwa a jest najpotężniejszą z broni w jakie wyposażyła nas nieświadoma jej mocy chrześcijańska cywilizacja czerpiąca swe dawne ideały bezpośrednio z dekalogu, prawa sygnowanego ręką Boga . Wyrosłem w niej z Bogiem jako przyjacielem rozmawiałem z nim nawet kiedy chodziłem po zamtuzach i wiedziałem że czegoś ode mnie chce. Może chciał tylko pokazać kilku frajerom że istnieje i postanowił uczynić to za moją sprawą chyba tak nic innego nie wchodziło chyba w grę. Modlitwa stała się moją ucieczką krążyłem labiryntem ulic zatraconego miasta i każdy krok był jak mila na drodze ku nieśmiertelności. Święty Święty Święty Pan Bóg Zastępów pozostał mi aż On Ścieżka sprawiedliwych wiedzie przez nieprawości samolubnych i tyranię złych ludzi. Błogosławiony ten, co w imię miłosierdzia i dobrej woli prowadzi słabych doliną ciemności, bo on jest stróżem brata swego i znalazcą zagubionych dziatek. I dokonam srogiej pomsty w zapalczywym gniewie, na tych, którzy chcą zatruć i zniszczyć moich braci; i poznasz, że Ja jestem Pan, gdy wywrę na tobie swoją zemstę”. Wszedłem na tą drogę a światłem był mi Pan. Dziesiątki kilometrów w modlitwie i śpiewie ulicami zatraconego w zgniliźnie labiryntu kanałów i ulic Amsterdamu zbliżały mnie z każdym krokiem do tajemnicy stworzenia. Stawałem się coraz mniej zaszczutym zwierzęciem rosłem jako chrześcijanin i przeistaczałem się w cząstkę Stwórcy. Wiedziałem że Bóg jest ze mną ale do końca nie zdawałem sobie sprawy z tego że jest tak blisko Szatan jednak ciągle był bliżej aż do dnia gdy został rzucony u mych stóp. Śledzili mnie i chodzili za mną nie chcieli mnie wypuścić ze swych rąk z dnia na dzień stawali się coraz bardziej słabi a ich zamysły i plany musiały stawać się coraz bardziej elastyczne dostosowując się do zmieniającej się za sprawą Stwórcy sytuacji. A On dawał mi coraz bardziej do zrozumienia że jest ze mną. Przejawiało się to w różny sposób jednym z ciekawszych doświadczeń jakich doznałem było to że starsze panie mijane na ulicy zaczęły mnie pozdrawiać jakbym był kimś ważnym w ich życiu i znały by mnie od lat. A ja sobie tak kroczyłem w rytm marszy chłopaków z czterdziestego czwartego które wraz ze mną dopełniały koła historii zrzuconej tu opodal w Arnhem Brygady Sosabowskiego. Miała spaść na Warszawę z tą myślą była stworzona by opanować lotniska i wspomóc Powstanie Warszawskie. Zdrajcy jednak rzucili ją w kocioł przegranej taktycznie bitwy i wytracili jej kwiat w krainie tulipanów i róż. Maszerując dla nich maszerowałem dla Polski a Bóg mówił mi dzień dobry poprzez usta starszych dam. Zabawa przerodziła się w ciekawy spektakl mój bęben grał melodię zranionego serca a jego wibracje powodowały efekt jakiego bym się nigdy nie spodziewał. Jembe z pięcioma wypalonymi na niej kręgami rozwibrowała przestrzeń wokół mnie i stała się detektorem grzeszników. Na imię Jezusa niech zegnie się wszelkie kolano. Tak też się stało instrument który posiadłem rytmem swego serca zginał kolana grzeszników wokół mnie no chyba żeby uznać za przypadek że w ciągu godziny gry minęło mnie około dwudziestu osób którzy dziwnie nie domagali na prawą nogę byli wśród nich zwykli przechodnie jak i biegacze ogólnie ciekawe doświadczenia ja wierze i wiem że to tembr koźlej skóry zginał ich prawe kolana. Wielki biały głaz przed moimi oczami był jak odpowiedź na to gdzie kryje się prawda ina to że nie ma jej w Mekkce. Fałszywa religia Islamu stała się moim wrogiem stawiłem jej godnie czoła po naszemu walką dla krzyża. Biłem się dla Boga a Bóg bił się dla mnie strach i spokój przenikały me członki jak zimny i gorący prysznic na przemian dręcząc ciało umysł jednak wybiegał już dużo dalej pokonując przyziemność materializmu. I tak grała się ta gra inwigilacji i modlitwy, fałszu i prawdy życia i śmierci nie bylem jeszcze na nią gotowy strach był silniejszy od wiary. Dagmara wróciła niespodziewanie pojawiła się jak mara a ja przyjąłem ją bezgranicznie otwarcie wiedziałem bowiem że jeśli jest mi wrogiem zdradzi się sama i tak się stało. Nie mogłem spać nocami długo myślałem kto stoi za tym wszystkim , kamera skierowana w okno mego mieszkania z budynku przy Saxenburgerstraat mówiła mi że to ktoś znaczący prowadzi moją inwigilację . W domu miałem prawdopodobnie zainstalowany podsłuch bo kiedy tylko wypowiedziałem słowa że walczą z mną Mędrcy Syjonu nagle skype w moim laptopie przekazał mi informację od dziwnego kontaktu którego wcześniej nie znałem wyskoczyłem z materaca by sprawdzić kto to dobija się do mnie o tak później porze. Jirme.jahu tylko tyle albo aż tyle nie wiedziałem co to znaczy cała sytuacja natomiast wyprowadziła wyraźnie Dagmarę z równowagi wyskoczyła z łóżka wraz za mną staneła na środku mieszkania i okryta półmrokiem podniesionym głosem zaczęła coś mówić o tym że mną sterują. Zaptytałem z ciekawością w głosie Kto mną steruje nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Siła w spokoju pomyślałem wyłączyłem komputer nie przeczytawszy informacji jaką przesłał tajemniczy Jimre .Jahu postanowiłem to zrobić rano. Poszliśmy spać sypiałem z wrogiem i dobrze spało mi się przy jego boku Dagmara pękła jej zachowanie uświadomiło mi że nie mogę jej ufać nie miałem żadnych tajemnic przyznałem się jej do kiepskich zdrad i do słabości z ich płynącej. Nie mogłem dłużej kłamać sytuacja w jakiej się znalazłem nie pozwalała na to. Doszło z tego powodu do śmiesznej sytuacji kiedy odwiedził nas Radzik i zaczął coś przebąkiwać o moim chodzeniu do burdeli tak żeby zacząć grę o prawdę. Dagmara skończyła ten temat jednym pociągnięciem ręki nakazując mu milczenie w tej sprawie Co ciekawe jego wizyta nastąpiła dwie może trzy godziny po tym jak wyznałem jej swoje zdradzieckie przewinienia. A ona zachowywała się od dłuższego czasu podejrzanie zadawała ciekawe pytania na przykład czy potrafię uciekać kiedy będą do mnie strzelać. Powiedziałem jej że tak najlepiej robić to zygzakując zakosami utrzymując ich nie równy rytm. Naoglądałem się tego trochę w dobrych filmach w wojsku nie bylem ale ogólne pojęcie miałem jak to się robi. Ważniejsze jednak chyba jest obycie z sytuacją kiedy ktoś do ciebie mierzy z broni nie miałem do czynienia z takim doświadczeniem może kiedyś w dzieciństwie tak przypominam sobie ale to była wiatrówka i odległość dobrych kilkudziesięciu metrów. Nie wiem czy stanął bym jak wryty z ciężkimi nogami i nie zrobił nic czy może rzucił bym się do panicznej ucieczki a może zachowując zima krew uciekał bym według planu czy może poszedł bym prosto na uzbrojonego przeciwnika próbując go obezwładnić. Nie wiem do tej pory jakoś udało mi się uniknąć sytuacji o jaką pytała mnie Dagmara. Tak napięcie rosło z dnia na dzień narkotyki w aucie kamera na dachu wróg w domu i miłość która wszystko to miała zwyciężyć. Nadszedł czas by zagrać o wolność i przeciąć nici zniewalającej mnie pajęczyny. Wziołem do ręki telefon i dzwonie do Jarzyna rozmowa była krótka móie mu wprost w aucie są narkotyki i czy pójdzie ze mną by to sprawdzić zapytałem powiedział że zaraz przyjdzie to pogadamy. Nie minęło pół godziny Jarzyn był już u mnie od dobrych piętnastu minut gdy przybiegła do domu wyraźnie zdenerwowana i zdyszana Dagmara. Ja stałem gotowy do wyjścia miałem przy sobie kluczyki od auta na plecach plecak z wkrętarką i silną wolę sprawdzenia się z wrogiem. Dagmara rzuciła się by zatrzymać mnie w mieszkaniu zastawiła swym ciałem drzwi miotała się jak ranna kobra ale nie mogła nic zrobić.
        Michał Uriel i Gabriel tyle powiedziałem im obojgu kiedy postanowili mnie zatrzymać w domu tak bym nie poszedł na ten ostatni wielki spacer. Wyszedłem dość szybko i zdecydowanie Dagmara została w mieszkaniu Jarzyn zszedł ze mną na ulicę ,gdy zawróciłem na chwilkę na schodach i zajrzałem na powrót do mieszkania Dagmara zmieniała kartę w telefonie. Miała dwa numery jeden oficjalny drugi by łączyć się z prowadzącymi ją moimi wrogami Coś wisiało w powietrzu nadciągała nad Amsterdam noc w której siły zła miały się zetrzeć z siłami światłości. Długo czekałem na ten czas z byt długo by przegrać. Po tym co mi zgotowali gdy kupowałem auto wiedziałem że nie mają dobrych zamiarów. Poszedłem więc wyjąć z auta dragi które tam podrzucili. Bałem się ale wiedziałem że dziś rozegra się to na co czekałem przez miesiąc szykując się do walki nie wiedziałem tylko że przeciwnik będzie tym czym stał się o świcie . Zabrałem ze sobą plecak z wkrętarką . Jarzyna pożegnałem w parku wrócił do Flo . Przebiegłem przez tonący w mroku rozświetlany lampami Vondelpark i opuściłem go poprzez bramę prowadzącą do Schinkelhavenstraat przy Amstelveenseweg . Nie zdążyłem dobrze się rozgrzać marszem kiedy to minąłem siedzącą na ławce przy Schinkelkade postać i odruchowo gdy miałem ją już za plecami spojrzałem nań przez prawe ramię delikatnie się odwracając. Chłopak siedzący na ławce w tym właśnie momencie zameldował coś o mojej drodze w kierunku auta do rękawa prawej ręki gdzie ukrywał mikrofon. Zawróciłem i podszedłem do niego poznałem go był ode mnie zaledwie o trzy kroki siedział na ławce jakby nic się nie stało z trudem udawał nie zaskoczonego i ukrywał jak jest mu głupio. Znałem go z widzenia moja pamięć nie szwankowała to on biegał po dachu ulice dalej o kwartału budynków Szkolna Saxenburgerstraat i to on był na przeglądzie kiedy kupowałem auto a nawet jechał wraz z nami pociągiem gdy podróżowaliśmy z Jarzyną do Hillegom Pryszczaty młodzik przegrał tego wieczoru grę okazał się najsłabszym punktem układanki tego wieczoru . Stałem teraz od niego o zaledwie trzy kroki widziałem że jest zmieszany nie reagował jednak na moją obecność. Powiedziałem mu że tą drogą im się nie uda mnie załatwić co wywołało na jego twarzy lekki uśmieszek pogardy. Wiedziałem teraz że dalsza droga w kierunku auta nie ma sensu czekali by tam na mnie lub już zgarnęli fanty zawsze mogli mieć i prawdopodobnie mieli trzeci kluczyk od Volvo . Polowali na mnie i nie wiem jaki był tego powód może moje atawistyczne zachowanie względem Tomka a może coś więcej. Chyba coś więcej i więcej pajęczyna w którą oplótł mnie sam Szatan sięgała dobrych kilku lat wstecz była stara a narkotyki stanowiły tylko jedną z jej nici. Nie uległem nigdy do końca paliłem tylko haszysz i gańdzie nigdy nie wciągnąłem krechy żadnego z prochów nie paliłem też opium craku czy innego gówna wierny Jah pozostałem tylko przy ziole i haszu. . Agent siedział dalej na ławce a ja udałem się w kierunku parku Rembrandta miasto było niemal puste wiedziałem że walczę ze śmiercionośną siłą tajemnicą która pochłaniała mnie swą ciemną naturą. Strzelcy zawirowali mi w głowie stali się moją mantrą która towarzyszyła mi przez kolejne kilka godzin aż do nadejścia świtu. Zabierz ze sobą strzelców taką wskazówkę otrzymałem od Boga Ludzie zupełnie zniknęli z ulic miasta byłem sam w marszu wolności przeciwko sile ciemności dążącej do mego zniewolenia . Przeszedłem park i wkroczyłem w czerwoną od cegły dzielnicę zachodnią miasta kierowałem się na Bos en Lommer pokonując tonący w mroku West dalej w kierunku portu gdzie chciałem załapać tira jadącego do Polski . I stało się coś dziwnego w jednej z wnęk mijanych kamienic ujrzałem dziwną postać stał tam niskiego wzrostu facet z zamkniętymi oczami. Minąłem go i przeszedłem kilka kroków by po chwili zawrócić i sprawdzić co to za persona. Podszedłem do niego był jedyną postacią na pustych ulicach miasta i sprawiał wrażenie jakby o nie było. Stałem naprzeciw niego a on długo nie otwierał oczu trwało to dobrą minutę zapytałem go co tu robi a on zaskoczony stwierdził tylko A co ? Wiedziałem że coś jest nie tak pozostawiłem go za sobą i przyspieszyłem kroku strzelcy wirowali w głowie. Pusty jesienny zatopiony w mroku Amsterdam jak dywan pod stopami zmieniał się wraz z mijanymi dzielnicami śpiew dodawał mi sił i niósł marszem poprzez miasto grzechu . Tej nocy miałem zostać zważony na wadze prawdy moja jasna strona miała zatriumfować nad demonami mej duszy. Marsz i śpiew ,śpiew i marsz z każdy krokiem zbliżałem się do ukrytej pod zwałami kłamstwa prawdy tylko ona mogła wyzwolić mnie tej nocy spod jarzma fałszu jakim zostałem obarczony. Szedłem jak na ostateczny bój tak jak z pieśnią tysiące kroczących przede mną przez lata dla wolności i świętości jaką rysował we mnie nucony zew . Byłem gotów na śmierć ta noc zrodziła mnie na nowo była jak oczekiwane od narodzin katharsis w drodze do zwycięstwa wyzbyłem się wszystkiego co stanowiło moją łączność ze światem od którego postanowiłem uciec. Paszport dwa tysiące euro portfel wszystko to pozostało za mną ostatni papieros dawno zapomniałem jego smak pusta paczka po camelach bez filtra i cztery euro oraz kluczyk od samochodu i klucze do domu to wszystko co mi pozostało. Industrial portowej dzielnicy rysował się coraz ostrzej gdy za plecami pozostawały budynki biurowców Sloterdijk. TIR do Polski to wszystko oczy teraz myślałem. Kilka tysięcy kroków i będę znał odpowiedź czy uda mi się uciec czy miasto jak ogromna gwiazda przytrzyma mnie jako planetę na wyznaczonej orbicie . Na parkingu stały trzy ciężarówki podszedłem do tej z narodowym skrótem Litwy. Lituania pomyślałem musi ciąć przez Polskę w drodze powrotnej. Zastukałem do drzwi szoferki na pół śpiący kierowca o niedźwiedziej aparycji uchylił drzwi kabiny. Kilka chwil zajęło mi nawiązanie z nim dialogu zgadaliśmy się po rosyjsku że jeszcze kilka dni będzie czekał na kontener i nigdzie się nie wybiera. Zostałem księżycem w księżycową noc, wilkiem z obławy Kaczmarskiego woń osaczającego mnie zła unosiła się drażniąc nozdrza. Usiadłem niedaleko ciężarówek uspokoiłem oddech pustymi ulicami przemykały małe samochody jednej z energetycznych firm było zupełnie pusto znad morza nadciągała bryza niosąc ze sobą ciepły drobny deszcz. Narzuciłem na głowę kaptur płaszcza i tak delikatnie nasiąkając ciepłą mżawką siedziałem dobre pół godziny nim ruszyłem swą trajektorią w drogę otaczając miasto. Coś dziwnego i nie wytłumaczalnego kazało mi ruszyć w stronę lotniska dotrzeć tam nocą okrążyć miasto zachodnią parabolą zagubić się na polach między Zwanenburgiem Schipolem a Badhoevedorpem. Ruszyłem zamkniętą dla ruchu zwykłych pojazdów drogą biegnąca w kierunku spalarni śmieci jednej jeżeli się nie mylę z amsterdamskich elektrowni. Dziesiątki wiatraków produkujących w portowej dzielnicy prąd szumiało w takt pieśni stającej się modlitwą deszcz ustąpił a niebo poczęło błyszczeć tysiącami skrzących się gwiazd. Byłem już dobrze zmęczony miałem za sobą dziesięć kilometrów marszu musiałem jednak kroczyć dalej i dalej zagłębiając się w mrok uśpionych pól poza granicami miasta .Pokonywałem trudny teren a prowadził mnie ciepły jesienny wietrzyk delikatnie muskający kark. Przeciąłem Westpoortweg i wkroczyłem w ciemny zagajnik położony blisko pola golfowego i jednego z parków. Był to jak myślę teren prywatny na który nie zapuszczali się nie proszeni goście. Lasek był gęsty porośnięty głównie iglakami. Ogarnęła mnie ciemność tego miejsca miało się wrażenie stojąc na jednej z polanek otoczonej wokół drobną siecią porozwieszaną dość niedbale na drzewach i wypełnioną dziwnymi kontenerami że śmierć woła tam ciszą było to złe miejsce. Czuło się tam ciemną energię a ziemie grząską gliniastą wypełniały tysiące śladów dziwnych jakby nie ludzkich stóp. U bram tego zagajnika wyrzuciłem cztery euro paczkę po fajkach i kluczyk od auta. . Na skraju lasu w połowie jego długości stała wielka na dobre dwadzieścia metrów dziwna biała wieża na której szczyt prowadziły kręcone schody. Wszedłem na wieżę porzucając pozostające w dole sabatowisko jakim jawił mi się teren dziwnej polany . Stałem tak na jej szczycie kilka minut wypatrując drogi powrotnej do miasta ,starając się po światłach okalających je miasteczek i wiosek wyznaczyć azymut marszu. Zupełnie nie znałem przebiegu sieci kanałów terenu jaki stał przede mną i musiałem się z nim zmierzyć a prowadziła mnie tylko pieśń i wiatr delikatnie głaszczący kark. Ruszyłem w drogę wiedziałem już że miasto przyciągnie mnie jak gwiazda spadający meteor i że przyjdzie mi rankiem spłonąć w jej atmosferze . Pola na przełaj kolczaste ogrodzenia uliczki i drogi nie znanych miast marsz w nieznane ale każdy krok zbliżał w nim do prawdy. Byłem sam ale nie samotny czułem rękę którą rozpostarł by mnie chronić Najwyższy. Nie widziałem jego znaków ale coś mówiło mi delikatnie głaszcząc ciepłym zefirem szyję że on jest ze mną. Wolno wstawał świt czas nocy ustępował ,zaczynał się kolejny dzień a ja zupełnie nie wiedziałem gdzie jestem nie poznawałem miasteczek które przemierzyłem. I nagle już nie byłem sam JHWH wysłuchał mnie i przysłał mi niewidocznego a jedynie słyszalnego przewodnika był nim głos ptaka prowadził mnie przez nieznane. Kiedy schodziłem z dobrej drogi śpiew ptaka zanikał a kiedy wracałem na nią słyszałem go tak wyraźnie jakby był kilka metrów ode mnie nie widziałem go jednak choć prosiłem by się ukazał. Zbudowany łaską jaka przyszła mi w udziale odzyskałem werwę a zmęczenie ustąpiło euforii odparzone stopy już nie bolały tak bardzo a mięśnie otrzymały potężny zastrzyk adrenaliny. Bóg był ze mną a ja byłem z Nim wybaczył mi me wszystkie upadki i grzechy wyciągnął do mnie swą dłoń i po dwóch godzinach śpiewu przewodnika osiągnąłem dzięki jego pomocy .Badhoevedorp Odnalazłem się w miejscu które znałem bardzo dobrze wiedziałem już gdzie jestem. Kościół w tej miejscowości był punktem gdzie się odszukałem na nowo w mej nocnej wyprawie, nie widoczny przewodnik doprowadził mnie do jego bram . Szarpnąłem za klamkę, drzwi były zamknięte. Postanowiłem odpocząć prowadzący mnie śpiewem niewidzialny ptak zniknął, zamilkł znów byłem sam do domu pozostało mi jakieś siedem kilometrów. Długo odpoczywałem spocząwszy na stopniu przed głównym witrażem świątyni. Święta rodzina w Betlejem. Nowo narodzony Chrystus podtrzymywany przez swą matkę św Józef osiołek i wół być może kościół był pod wezwaniem świętej rodziny. Siedziałem tam dobre pół godziny zbierając siły na powrót z nowo narodzonym zbawicielem za plecami . Nie wiedząc co mnie czeka ale wiedząc że moi przeciwnicy podejmą jakieś zabiegi by się do mnie zbliżyć zniewolić lub nawet zabić. Byłem gotowy na śmierć wiedziałem że Bóg jest ze mną a dla tych co w nim umierają śmierć nie istnieje. Chciałem spalić się wchodząc w granice miasta ruszyłem by stoczyć ostateczną walkę ze złem które zastawiło na mnie swe sidła. Stopy na powrót piekły nie do z niesienia mięśnie odmawiały posłuszeństwa musiałem jednak zmierzyć się z przeznaczeniem i ze złem które czyhało na mnie. Wkroczyłem znów do miasta dzień powstał z nocy już na dobre lekka mgła zmiękczała delikatnie promienie jesiennego słońca. Pierwsi ludzie śpieszyli już do sywch codzienny zajęć Plesmanlaan droga do domu byłem już na głównej alei prowadzącej z Badhoevedorp do centrum miasta. Kościół i podejrzani budowlańcy którzy pytali mnie o drogę gdy ruszyłem spod świątyni chyba po raz kolejny by sprawdzić czy znam holenderski zniknęli już za moimi plecami. Nogi odmówiły posłuszeństwa musiałem po raz kolejny odpocząć usiadłem na jednej z ławek ustawionej między szosą a biegnącym wzdłuż niej kanałem. Głód tytoniowy doskwierał jak cholera czułem się jak bym miał się za chwilę rozpaść. I nagle kiedy ruszyłem w dalszą drogę przybyły jak by na nie zagwizdał Pan wszystkie papugi z Vondelpark obsiadły drzewa rosnące wzdłuż alei z obu stron i jak na rozkaz wszystkie zrzuciły równocześnie guano i krzyczały bym nie szedł dalej. Dywan ptasich odchodów przykrył chodniki po obu stronach szosy. Papugi wrzeszczały, zrobiłem pierwszy krok stając na kobiercu z odchodów coś jednak kazało mi się obrócić. Z za mych pleców wyrosła dziwnie znajoma z fizis postać niska podobna do faceta którego spotkałem na początku swej podróży kobieta . Zatrzymałem się i puściłem ją przodem po rzeczywistości zgotowanej przez ptaki. Rozzłościł ją mój gest uprzejmości ruszyła jednak niezdarnie maszerując po dywanie z ptasiego gówna ja ruszyłem za nią ptaki zamilkły a ona skręciła na pierwszym mostku w lewo i zniknęła mi z oczu. Maszerowałem już zupełnie pewien że coś jeszcze musi się wydarzyć że to jeszcze nie koniec atrakcji zgotowanej przez moich przeciwników nie wiedziałem kim byli ale widziałem już dwa dowody na to że Bóg jest ze mną. Na powrót przedzierając się resztką sił przez tonące w słonecznym poranku dzielnice dotarłem do mostu na Schinkelhavenstraat. Na barierce z prawej strony przed mostem wisiały kawałek sieci i rękawica stanąłem przy tym znaku podniosłem ręką sieć i rzuciłem na ziemię. Po chwili stałem już na skrzyżowaniu Schinkelhavenstraat. Amstelveenseweg przed wejściem do Vondelpark czerwone światło sygnalizatora raziło nie wyspane oczy. Po chwili stwierdziłem że znów jest coś nie tak czerwone światło paliło się zarówno dla ruchu kołowego jak i pieszego i rowerowego. Za moimi plecami po raz trzeci podczas mej nieudanej ucieczki pojawiła się niska ciemnej hinduskiej karnacji postać, która tym razem wskazywała mnie komuś stojącemu na Amstelveenseweg. Kiedy spojrzałem w oczy tej małej kobietce która mnie komuś wskazywała ona zakryła swe oczy tak jak gdyby światło mojego spojrzenia raziło jej spojrzenie . Odszukałem postać której mnie wskazywała był to motocyklista na pięknej maszynie było to chyba BMW srebrny koń ze złotym odwróconym pentagramem zdobiącym jego bak. Czas jakby się zatrzymał całe skrzyżowanie zamarło w bez ruchu stał cały ruch uliczny jak i ruch pieszych i rowerów. Po chwili tej stagnacji i przyglądaniu się sobie nawzajem wykonałem gest ustępstwa skinąłem na motocyklistę w geście że ustępującym mu drogi on jednak nie drgnął a w jego oczach dostrzegłem rosnącą wściekłość. Bóg był ze mną a wróg zdradził się kim jest gwiazda na baku motocykla mówiła wszystko. Wysłannik 666 samego Szatana ustąpił mi drogi i mimo czerwonego światła wszedłem na przejście dla pieszych nie spuszczając wzroku z jego oczu . Moje świetliste spojrzenie elektryzowało jego węże jakby pionowe źrenice. Byłem w domu park i kilkaset kroków dzieliło mnie od Szkolnej . Gdy tak pokonywałem ostatnie metry pozostawiwszy przeciwnika na skrzyżowaniu , z za mych pleców kiedy byłem na wysokości ulicy Vondelkerkstraat wyrósł TIR marki Volvo biało zielony kolos z wypisanymi na kontenerze przedmiotami codziennego użytku jakie posiadałem w domu minął mnie i zatrzymał się na wysokości Szkolnej . Zszedłem z asfaltowej alei i ruszyłem odnowionym świeżo poboczem parku piaszczystą alejką biegnącą równolegle do asfaltowej. Szedłem prosto na ciężarówkę nie zależało mi już na niczym życie przestało być wartością Nie wiedziałem co robić czy iść dalej w kierunku TIRa czy może go ominąć tu znów z pomocą przyszedł Najwyższy. Tym razem przybrał postać małego chłopca wiezionego przez matkę rowerem do szkoły dzieciak wieziony w koszu krzyknął nie idź nie idź. Wyszedłem więc z parku i obszedłem przeciwników Overtoomem tak dotarłem bezpiecznie do domu. Wszedłem na trzecie piętro otworzyłem drzwi mieszkania spodziewałem się tam Dagmary. Mieszkanie było jednak puste na wiklinowym stoliku znalazłem jedynie liścik pozostawiony przez nią. Pisała że czekała całą noc i że mnie kocha jeśli mnie kochała była by ze mną tej nocy. Zjawiła się około południa a ja jeszcze nie ochłonąłem po spacerze byłem mocno pobudzony i zdawało mi się że cały świat wiruje wokół mnie .Wrogowie zdradzili się synowie czarownicy wyznawcy szatana to oni stali za spiskiem z podrzuconymi narkotykami w samochodzie wiedziałem już z kim walczę i wiedziałem każda moja słabość staje się w tej walce ich orężem. Tak naprawdę to ich lubię nie zobaczył bym bez ich udziału potęgi Boga to oni pchnęli mnie w jego objęcia pokonali sami siebie.

  2. Wszystkie postacie są autentyczne i żyją w Amsterdamie do dziś a ja mam stu procentową pewnośc że Bóg istnieje warto się takiej rzeczy dowiedzieć od Niego

  3. I tak na koniec to jest tak że Sadok iszil ba me jak się o tym dowiedzieli jezuici z Łodzi to stwierdzili że mi ostro odwaliło Ale to lipa bo tak właśnie jest i było tak jak zapisane powyżej Synagoga Szatana istnieje i ma władzę nad całym światem

  4. „Udało nam się posiąść umysły społeczności gojów… widzą wszystko poza spektaklem który odgrywamy tuż pod ich nosami.”

    To wyżej to wyjście z takiego spektaklu i przejście w nowy Nowy ciekawszy bo powoli nadchodzi czas o którym pisali wieszcze tak

    Bóg wyrzekł słowo stań się, Bóg i zgiń wyrzecze.

    Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,

    Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona

    Obleją, jak Moskale redutę Ordona –

    Karząc plemię zwyciężców zbrodniami zatrute,

    Bóg wysadzi tę ziemię, jak on swą redutę.

Możliwość komentowania jest wyłączona.